Z czym mi sie kojarzy 1 maja? Z przymusem, rodzice zabrali mnie ze sobą kilka razy na pochód majowy. Zanim to jednak uczynili skwapliwie tłumaczyli swemu dziecku, że iść tam nie chcą, ale by nie mieć problemów w pracy, albo by w skrajnym przypadku tej pracy nie stracić, zjawić się na owym święcie muszą. Dziś po latach wspominali, jak to nikt nie chciał nieść transparentów, i że zawsze ta rola przypadała pracownikom fizycznym, którzy chcąc nie chcąc godzili się na ten wątpliwy zaszczyt.
Mnie z kolei pochody kojarzą się tylko i wyłącznie z kiermaszem książek na plantach niedaleko filharmonii białostockiej. To było prawdziwe królestwo książek i warto było się poświęcać, by przespacerować się w tłumie ludzi od mniej więcej Domu Partii (obecnie Wydział Humanistyczny Uniwersytetu w Białymstoku) poprzez ulicę Skłodowskiej do filharmonii, by następnie oddać się nieziemskiej przyjemności wybierania książek, które mama zawsze chętnie mi kupowała. Nie pamiętam już niestety czy były to tytuły, których na co dzień brakowało w księgarniach czy ich ceny były wówczas znacznie niższe, wielce możliwe, że jedno i drugie. Wszak władze, by zachęcić ludzi do uczestnictwa w pochodach chwytały się wszelkich możliwych sposobów, by tylko zwiększyć frekwencję. A z tego, by wynikało, że czytelnictwo musiało być w tym czasie dużo wyższe niż obecnie. Nie wyobrażam sobie, by dziś można było skłonić kogokolwiek do wzięcia udziału w jakiejś masowej uroczystości organizując w jej trakcie lub na jej zakończenie kiermasz książek.
Podobno po pochodach można było nawet kupić kiełbasę i inne wyroby mięsne, których na co dzień brakowało. Mnie jednak najbardziej interesowały książki. Do dziś pamiętam jedną z nich kupioną na takim właśnie kiermaszu. Nosiła tytuł "Jaszczurkowcy", imienia i nazwiska autora niestety w tej chwili sobie nie przypomnę, ale pamiętam, że była jedną z moich ulubionych książek. Pewnie ze względu na to, że główny bohater - bodaj rycerz z Pomorza - zakochał się w Rusince z grodu Bielsk Podlaski (miasteczko niedaleko Białegostoku), a w związku z tym spora część książkowej akcji rozgrywała się w tym właśnie grodzie. Jak przez mgłę przypominają mi się opisy drewnianego grodziska i drewnianej zabudowy bodaj XV-wiecznego miasteczka, opisy spotkań zakochanej pary po długich rozstaniach. Strasznie lubiłem beletrystyczne książki historyczne, które bardziej przypominały literaturę przygodową niż historyczną, ot takie czytadła dla dzieciaków interesujących się historią.
Aż mnie korci, żeby po latach sięgnąć po jedną z ulubionych książek mego dzieciństwa!
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
czwartek, 1 maja 2008
środa, 16 kwietnia 2008
Dzikie pola
Pilch niedawno na łamach bodaj "Polityki" pisał, że Polska była zawsze i pozostanie dzikimi polami Europy. Z początku nieco się oburzyłem, ale po chłodnej refleksji uznałem, że trudno mu nie przyznać racji.
Słabe państwo, ludzie skrajnie obojętni i nie mający w sobie żadnych cech, które kwalifikowałyby ich, jako obywateli, a nie jak zwykłe monady żyjące tylko dla siebie i obok innych, którzy jeśli wzbudzają w nich jakieś uczucia, to najczęściej zawiść, niechęć i złość.
Słabość państwa aż razi, najpierw morderstwo Marka Papały, bo prawdopodobnie za dużo wiedział o czymś, co mogło naruszyć interesy gangsterów mających wpływy wśród polityków lub nawet nimi władających. Następnie zupełnie bezpodstawne aresztowanie Romana Kluski - choć właściwie mające podstawy - nie chciał łożyć na polityków pewnie SLD. Sąd co prawda uznał, że aresztowanie było niezgodne z prawem, ale zasądził odszkodowanie w wysokości 5.000 zł stosując przy tym wielce pokrętną argumentację, której nie mogłem się nadziwić, gdy ją czytałem.
Teraz sprawa zamordowanego Krzysztofa Olewnika, którego ojciec nie chciał wchodzić w lewe interesy z miejscowymi oprychami, wspieranymi przez lokalnych polityków, policjantów, bankowców i Bóg raczy wiedzieć przez kogo jeszcze.
W niedzielę ciocia opowiedziała historię pewnego byłego działacza "Solidarności" w białostockich "Uchwytach", świetnego fachowca, który odmawiał kolejno swoim znajomym wspólnego założenia firmy, ponieważ miał zupełnie odmienną jej wizję niż jego niedoszli wspólnicy. Uważał, że pracodawcy powinni oferować pracownikom przyzwoite warunki pracy - umowę o pracę, godne wynagrodzenie, dobrą atmosferę pełną szacunku wobec podwładnych i troski o wspólne firmowe dobro. Koledzy nie podzielili jego wizji, więc z firmy nic nie wyszło. Po pewnym czasie był jednak zmuszony zatrudnić się w jednej z firm, założonych przez kumpla, i nie wytrzymał, nie zniósł tego wszystkiego czego musiał być świadkiem - wyzyskiwania pracowników, złego traktowania, niskich płac przy wysokim zysku firmy i wysokich pensjach kierownictwa. Serce nie wytrzymało i odmówiło posłuszeństwa. Stres, ból, empatia, aż wreszcie zawał. Wydobrzał, wrócił do zdrowia, przeszedł na wcześniejszą emeryturę i niestety nie wiem, co teraz - czy czuje się wolny? Ostatnio jechał do córki, by pomóc jej urządzić się w Gdyni, gdzie osiadła razem z mężem...
Słabe państwo, ludzie skrajnie obojętni i nie mający w sobie żadnych cech, które kwalifikowałyby ich, jako obywateli, a nie jak zwykłe monady żyjące tylko dla siebie i obok innych, którzy jeśli wzbudzają w nich jakieś uczucia, to najczęściej zawiść, niechęć i złość.
Słabość państwa aż razi, najpierw morderstwo Marka Papały, bo prawdopodobnie za dużo wiedział o czymś, co mogło naruszyć interesy gangsterów mających wpływy wśród polityków lub nawet nimi władających. Następnie zupełnie bezpodstawne aresztowanie Romana Kluski - choć właściwie mające podstawy - nie chciał łożyć na polityków pewnie SLD. Sąd co prawda uznał, że aresztowanie było niezgodne z prawem, ale zasądził odszkodowanie w wysokości 5.000 zł stosując przy tym wielce pokrętną argumentację, której nie mogłem się nadziwić, gdy ją czytałem.
Teraz sprawa zamordowanego Krzysztofa Olewnika, którego ojciec nie chciał wchodzić w lewe interesy z miejscowymi oprychami, wspieranymi przez lokalnych polityków, policjantów, bankowców i Bóg raczy wiedzieć przez kogo jeszcze.
W niedzielę ciocia opowiedziała historię pewnego byłego działacza "Solidarności" w białostockich "Uchwytach", świetnego fachowca, który odmawiał kolejno swoim znajomym wspólnego założenia firmy, ponieważ miał zupełnie odmienną jej wizję niż jego niedoszli wspólnicy. Uważał, że pracodawcy powinni oferować pracownikom przyzwoite warunki pracy - umowę o pracę, godne wynagrodzenie, dobrą atmosferę pełną szacunku wobec podwładnych i troski o wspólne firmowe dobro. Koledzy nie podzielili jego wizji, więc z firmy nic nie wyszło. Po pewnym czasie był jednak zmuszony zatrudnić się w jednej z firm, założonych przez kumpla, i nie wytrzymał, nie zniósł tego wszystkiego czego musiał być świadkiem - wyzyskiwania pracowników, złego traktowania, niskich płac przy wysokim zysku firmy i wysokich pensjach kierownictwa. Serce nie wytrzymało i odmówiło posłuszeństwa. Stres, ból, empatia, aż wreszcie zawał. Wydobrzał, wrócił do zdrowia, przeszedł na wcześniejszą emeryturę i niestety nie wiem, co teraz - czy czuje się wolny? Ostatnio jechał do córki, by pomóc jej urządzić się w Gdyni, gdzie osiadła razem z mężem...
środa, 9 kwietnia 2008
O inicjatywach oddolnych
Dzisiejsza "Rzeczpospolita" w jednym z artykułów donosi o wyjątkowo trudnej sytuacji materialnej wielu włoskich emerytów żyjących na skraju nędzy, którzy zmuszeni są kraść w hipermarketach. I nie są to pojedyncze przypadki, ale zjawisko dość powszechne.
Trudności ekonomiczne państwa włoskiego, niskie emerytury sprawiły, że wielu emerytów, którymi nie opiekują się ich dzieci, przymiera głodem, stąd ta marketowa plaga kradzieży. Coraz częściej ochroniarzom zdarza się zatrzymywać kradnących, przerażonych, płaczących i całkowicie nieporadnych starszych ludzi.
Nie o samym jednak zjawisku kradzieży chciałem pisać, ale o inicjatywie oddolnej włoskich handlowców z branży spożywczej, którzy postanowili na miarę swoich możliwości wesprzeć ubogich emerytów. Zdecydowali, że każdego miesiąca w każdy ostatni tydzień ceny artykułów spożywczych będą obniżane o 25% z myślą właśnie o biednych emerytach. Sklepy spożywcze, hipermarkety mają też organizować stoiska z przecenionymi towarami, których termin ważności zbliża się ku końcowi, ale które przeterminowane jeszcze nie są.
W artykule przytoczono też wypowiedź pewnego ochroniarza, który opowiadał o tym, jak kraje mu się serce, gdy musi zatrzymywać kradnących emerytów. Opisywał przypadki staruszków, których sumienie rusza na tyle, by przed kasą odłożyć produkt, który zamierzali ukraść - bez jego interwencji; starszych ludzi spożywających artykuły spożywcze na miejscu. Mówił, że żal mu tych ludzi, ale gdyby ich nie zatrzymywał sam straciłby pracę. Wielokrotnie zdarzało mu się dawać własne pieniądze, by kradnący mogli nimi zapłacić za produkty, które przy nich znaleziono.
Wzruszające historie, na podstawie, których utalentowany pisarz czy scenarzysta mógłby byłoby napisać niezłą powieść lub scenariusz filmowy.
Na mnie największe wrażenie wywarła jednak inicjatywa włoskich handlowców z branży spożywczej. Nie pojedyncze, odosobnione przypadki, ale przedsięwzięcie całej branży podyktowane współczuciem wobec starszych, ubogich ludzi, którzy wbrew własnym przekonaniom, wbrew własnemu sumieniu, w samoponiżeniu zmuszeni są kraść, by przeżyć.
Jestem ciekaw czy u nas byłaby możliwa taka akcja, czy w tym nienasyceniu zyskiem, rosnącej chęci bogacenia się, w pogoni za wciąż umykającą pod względem materialnym Europą, stać byłoby naszych polskich spożywców na taki gest?
Trudności ekonomiczne państwa włoskiego, niskie emerytury sprawiły, że wielu emerytów, którymi nie opiekują się ich dzieci, przymiera głodem, stąd ta marketowa plaga kradzieży. Coraz częściej ochroniarzom zdarza się zatrzymywać kradnących, przerażonych, płaczących i całkowicie nieporadnych starszych ludzi.
Nie o samym jednak zjawisku kradzieży chciałem pisać, ale o inicjatywie oddolnej włoskich handlowców z branży spożywczej, którzy postanowili na miarę swoich możliwości wesprzeć ubogich emerytów. Zdecydowali, że każdego miesiąca w każdy ostatni tydzień ceny artykułów spożywczych będą obniżane o 25% z myślą właśnie o biednych emerytach. Sklepy spożywcze, hipermarkety mają też organizować stoiska z przecenionymi towarami, których termin ważności zbliża się ku końcowi, ale które przeterminowane jeszcze nie są.
W artykule przytoczono też wypowiedź pewnego ochroniarza, który opowiadał o tym, jak kraje mu się serce, gdy musi zatrzymywać kradnących emerytów. Opisywał przypadki staruszków, których sumienie rusza na tyle, by przed kasą odłożyć produkt, który zamierzali ukraść - bez jego interwencji; starszych ludzi spożywających artykuły spożywcze na miejscu. Mówił, że żal mu tych ludzi, ale gdyby ich nie zatrzymywał sam straciłby pracę. Wielokrotnie zdarzało mu się dawać własne pieniądze, by kradnący mogli nimi zapłacić za produkty, które przy nich znaleziono.
Wzruszające historie, na podstawie, których utalentowany pisarz czy scenarzysta mógłby byłoby napisać niezłą powieść lub scenariusz filmowy.
Na mnie największe wrażenie wywarła jednak inicjatywa włoskich handlowców z branży spożywczej. Nie pojedyncze, odosobnione przypadki, ale przedsięwzięcie całej branży podyktowane współczuciem wobec starszych, ubogich ludzi, którzy wbrew własnym przekonaniom, wbrew własnemu sumieniu, w samoponiżeniu zmuszeni są kraść, by przeżyć.
Jestem ciekaw czy u nas byłaby możliwa taka akcja, czy w tym nienasyceniu zyskiem, rosnącej chęci bogacenia się, w pogoni za wciąż umykającą pod względem materialnym Europą, stać byłoby naszych polskich spożywców na taki gest?
poniedziałek, 7 kwietnia 2008
Świeczkowa manifestacja w Bratysławie
Wczoraj i dziś próbowałem wpisywać w polskich wyszukiwarkach hasło "świeczkowa manifestacja", by stwierdzić czy Polacy wiedzą cokolwiek o tym wydarzeniu i czy poświęcili mu jakąkolwiek uwagę.
W portalu google.pl wyświetliła mi się jedna strona, na której znalazła się poszukiwana przeze mnie fraza, w onecie i wirtualnej Polsce ani jedna strona nie została odnaleziona, w interii jedna strona, a oprócz tego w ramkach reklamy firm zajmujących się produkcją czy sprzedażą świec. I to tyle. Wstyd, cóż więcej można powiedzieć. Słowacy bez porównania więcej wiedzą o Polsce, o naszej kulturze, historii, współczesności, niż my o nich, interesują się żywo tym, co dzieje się w Polsce, a my nie jesteśmy w stanie poświęcić uwagi tak ważnemu wydarzeniu w historii Słowacji, jak świeczkowa manifestacja.
25 marca 1988 r. około 2 tysięcy Słowaków zebrało się na głównym placu Bratysławy - "Hviezdoslavovo námestie" (różne źródła podają różną ilość uczestników, niektóre zaznaczają, że nie wszystkich dopuszczono na plac, na którym gromadzili się manifestanci, część została w bocznych uliczkach prowadzących na plac), by podczas pokojowej demonstracji domagać się swobód religijnych, nieingerowania władz komunistycznych w mianowanie biskupów kościoła katolickiego oraz przestrzegania przez władze praw obywatelskich.
Ruch dysydencki w komunistycznej Słowacji był niewielki, sprzeciw wobec komunistycznych zbrodni wyrażały tutaj głównie środowiska katolickie. To w kościołach katolickich drukowano zakazane książki i czasopisma, to właśnie kościół katolicki udzielił wsparcia opozycjonistom wywodzącym się - jak to zostało już wyżej wspomniane - ze środowisk katolickich.
Po wydarzeniach z czasów II wojny światowej, ale i czasu ją poprzedzającego, gdy ksiądz Józef Tiso, a wcześniej ksiądz Andrej Hlinka wdali się we flirt z faszyzmem, kościół katolicki lat 80-tych musiał postępować nader ostrożnie, by uniknąć oskarżeń ze strony władz komunistycznych o "klerofaszyzm". Stąd też obawiał się otwartego i intensywnego zaangażowania w działalność przeciw systemowi. Mimo jednak tych obaw spora część duchowieństwa wsparła swoich wiernych w walce o wolność religijną, nieingerencję państwa w wewnętrzne sprawy kościoła i prawa obywatelskie.
25 marca 1988 r. manifestacja została brutalnie rozpędzona, scenariusz był taki sam, jak w Polsce - na placu pojawili się uzbrojeni po zęby milicjanci, w ruch poszły pałki, działka wodne, następnie rozpoczęły się zatrzymania, aresztowania i cały arsenał innych represji stosowanych przez komunistów. Na niewiele się to jednak zdało, bo kres komunizmu od czasu tych wydarzeń nastąpił niespodziewanie szybko.
Mimo wszystko żal, że niewiele o tym wiemy i nic sie o tym nie mówiło w ostatnim czasie w naszych mediach.
W portalu google.pl wyświetliła mi się jedna strona, na której znalazła się poszukiwana przeze mnie fraza, w onecie i wirtualnej Polsce ani jedna strona nie została odnaleziona, w interii jedna strona, a oprócz tego w ramkach reklamy firm zajmujących się produkcją czy sprzedażą świec. I to tyle. Wstyd, cóż więcej można powiedzieć. Słowacy bez porównania więcej wiedzą o Polsce, o naszej kulturze, historii, współczesności, niż my o nich, interesują się żywo tym, co dzieje się w Polsce, a my nie jesteśmy w stanie poświęcić uwagi tak ważnemu wydarzeniu w historii Słowacji, jak świeczkowa manifestacja.
25 marca 1988 r. około 2 tysięcy Słowaków zebrało się na głównym placu Bratysławy - "Hviezdoslavovo námestie" (różne źródła podają różną ilość uczestników, niektóre zaznaczają, że nie wszystkich dopuszczono na plac, na którym gromadzili się manifestanci, część została w bocznych uliczkach prowadzących na plac), by podczas pokojowej demonstracji domagać się swobód religijnych, nieingerowania władz komunistycznych w mianowanie biskupów kościoła katolickiego oraz przestrzegania przez władze praw obywatelskich.
Ruch dysydencki w komunistycznej Słowacji był niewielki, sprzeciw wobec komunistycznych zbrodni wyrażały tutaj głównie środowiska katolickie. To w kościołach katolickich drukowano zakazane książki i czasopisma, to właśnie kościół katolicki udzielił wsparcia opozycjonistom wywodzącym się - jak to zostało już wyżej wspomniane - ze środowisk katolickich.
Po wydarzeniach z czasów II wojny światowej, ale i czasu ją poprzedzającego, gdy ksiądz Józef Tiso, a wcześniej ksiądz Andrej Hlinka wdali się we flirt z faszyzmem, kościół katolicki lat 80-tych musiał postępować nader ostrożnie, by uniknąć oskarżeń ze strony władz komunistycznych o "klerofaszyzm". Stąd też obawiał się otwartego i intensywnego zaangażowania w działalność przeciw systemowi. Mimo jednak tych obaw spora część duchowieństwa wsparła swoich wiernych w walce o wolność religijną, nieingerencję państwa w wewnętrzne sprawy kościoła i prawa obywatelskie.
25 marca 1988 r. manifestacja została brutalnie rozpędzona, scenariusz był taki sam, jak w Polsce - na placu pojawili się uzbrojeni po zęby milicjanci, w ruch poszły pałki, działka wodne, następnie rozpoczęły się zatrzymania, aresztowania i cały arsenał innych represji stosowanych przez komunistów. Na niewiele się to jednak zdało, bo kres komunizmu od czasu tych wydarzeń nastąpił niespodziewanie szybko.
Mimo wszystko żal, że niewiele o tym wiemy i nic sie o tym nie mówiło w ostatnim czasie w naszych mediach.
piątek, 4 kwietnia 2008
Dwie postawy
Z opóźnieniem dwudniowym czytam dziś rano w "Rzeczpospolitej" z 2 kwietnia wywiad z Andrzejem Łapickim. Zapada mi w pamięć następujące stwierdzenie zacytowane przez dziennikarza przeprowadzającego wywiad:
"Powiedział pan kiedyś, że inteligencja aktorowi tylko przeszkadza. I że dobry aktor musi być sk... synem."
Tymczasem teraz tłumaczę wywiad z pewnym byłym popularnym rosyjskim prezenterem telewizyjnym, narodowym artystą Rosji - Władimirem Bierezinem - opublikowany w czasopiśmie "Foma" - który mówi:
"Jeśli aktor w teatrze gra złoczyńcę, i w życiu stara się nim być, to niczym dobrym się to nie zakończy. Wydaje mi się, że sceniczny obraz trzeba zostawiać zawsze na scenie. A w życiu trzeba być człowiekiem. Scena i życie nie powinny nigdy zamieniać się miejscami."
Zawsze przerażała mnie i zasmucała fascynacja złem w naszej kulturze, a pewnie i nie tylko w naszej. Zło ma coś w sobie, co bez wątpienia wielu ludzi pociąga.
Jeszcze jeden fragment z wywiadu z Andrzejem Łapickim:
"Mam słabość do grania nicponi. Postać poharatana przez życie, o licznych skazach charakteru, jest dla aktora podniecająca. Zwykle dobrze się czułem, grając czarne charaktery."
Dobro często bywa postrzegane, jako jednostronne, płaskie i nudne. Tyle, że ludzie, którzy tak twierdzą, a których zdarzyło mi się w życiu spotkać i poznać, na najmniejszą krzywdę im wyrządzoną bądź też niekiedy wyimaginowaną, podnoszą gromki krzyk, oburzają się, i nie są w stanie pojąć, jak to się stało, że spotkała ich tak jawna niesprawiedliwość, na którą sobie nie zasłużyli, która narusza ich dumę i godność. Ciskają wówczas gromy na nieetycznych i niemoralnych swoich krzywdzicieli.
Co zatem z tą odrobiną zła, której obecność postulują w życiu, która nadaje życiu smak i barwę? Może istnieć pod warunkiem, że nie spotka ich?
"Powiedział pan kiedyś, że inteligencja aktorowi tylko przeszkadza. I że dobry aktor musi być sk... synem."
Tymczasem teraz tłumaczę wywiad z pewnym byłym popularnym rosyjskim prezenterem telewizyjnym, narodowym artystą Rosji - Władimirem Bierezinem - opublikowany w czasopiśmie "Foma" - który mówi:
"Jeśli aktor w teatrze gra złoczyńcę, i w życiu stara się nim być, to niczym dobrym się to nie zakończy. Wydaje mi się, że sceniczny obraz trzeba zostawiać zawsze na scenie. A w życiu trzeba być człowiekiem. Scena i życie nie powinny nigdy zamieniać się miejscami."
Zawsze przerażała mnie i zasmucała fascynacja złem w naszej kulturze, a pewnie i nie tylko w naszej. Zło ma coś w sobie, co bez wątpienia wielu ludzi pociąga.
Jeszcze jeden fragment z wywiadu z Andrzejem Łapickim:
"Mam słabość do grania nicponi. Postać poharatana przez życie, o licznych skazach charakteru, jest dla aktora podniecająca. Zwykle dobrze się czułem, grając czarne charaktery."
Dobro często bywa postrzegane, jako jednostronne, płaskie i nudne. Tyle, że ludzie, którzy tak twierdzą, a których zdarzyło mi się w życiu spotkać i poznać, na najmniejszą krzywdę im wyrządzoną bądź też niekiedy wyimaginowaną, podnoszą gromki krzyk, oburzają się, i nie są w stanie pojąć, jak to się stało, że spotkała ich tak jawna niesprawiedliwość, na którą sobie nie zasłużyli, która narusza ich dumę i godność. Ciskają wówczas gromy na nieetycznych i niemoralnych swoich krzywdzicieli.
Co zatem z tą odrobiną zła, której obecność postulują w życiu, która nadaje życiu smak i barwę? Może istnieć pod warunkiem, że nie spotka ich?
poniedziałek, 31 marca 2008
Miejsce pamięci narodowej
Niedzielne popołudnie, pierwsze w tym roku prawdziwie wiosenne, nie tylko popołudnie, ale pierwszy prawdziwie wiosenny dzień, choć w kalendarzu mamy 30 marca. Proponuję rodzicom krótką przejażdżkę, na długą niestety nie mogę sobie pozwolić, ze względu na przytłaczające mnie nawet w niedzielę obowiązki.
Aż trudno uwierzyć, że jeszcze tydzień temu padał gęsty śnieg i była minusowa temperatura. Za oknem nieco się chmurzy, ale jest ciepło i w powietrzu czuć wiosnę, zapachy wywołujące mnóstwo skojarzeń, część z nich przypomina mi - zupełnie nie wiem dlaczego - Budapeszt. Udaje mi się przekonać rodziców na wycieczkę do Puszczy Knyszyńskiej.
Tuż za rogatkami Białegostoku przez chmury znowu przebija się słońce. Jedziemy szosą w stronę Bobrownik, by na "widłach" skręcić w prawo na drogą dziurawą jak sito prowadzącą do Michałowa. Od Grabówki ciągnie się już Puszcza, cały czas jedziemy przez stary, piękny las.
Po minięciu Żedni, tata życzy sobie, bym skręcił do Sokola. Wieki całe już tam nie byłem, odbijam w lewo, asfaltową drogą jedziemy do urokliwej wioski zagubionej w sercu puszczy, do której jeszcze do niedawna można było dojechać tylko leśnymi, piaskowymi duktami, lub pociągiem kursującym raz czy dwa razy na dobę. Z lewej strony towarzyszy nam nasłoneczniona ściana lasu, same smukłe sosny. Wreszcie na śródleśnej polanie wyłania się wieś, malowniczo rozłożona na niewysokich wzgórzach i w dolince. Większa część domów z pewnością pamięta jeszcze czasy dwudziestolecia międzywojennego i wojny. Asfalt kończy się przed wioską, wieś przecina kilka piaskowych dróg, jedną z nich samochód nie bez trudności wspina się na wzgórze w południowej części wsi. Z jego szczytu roztacza się piękny widok na puszczę i w niedalekiej odległości na bocianie gniazdo na słupie trakcji elektrycznej. Stojący na nim bocian nieufnie na nas spogląda, stroszy piórka i łypie oczkiem, więc odjeżdżamy, by go nie niepokoić.
Wyjeżdżamy na drogę do Michałowa, jedziemy dalej na południe, by zatrzymać się w naszym ulubionym miejscu, tuż przed Majdanem, i przed Michałowem. Przy drodze schodzącej lekko w dół stoi znak wskazujący miejsce pamięci narodowej, od asfaltowej szosy tylko 200 metrów.
Miejsce to odkryliśmy około dwóch lat temu. Wówczas po raz pierwszy podeszliśmy do obelisku upamiętniającego miejsce egzekucji 21 żołnierzy Armii Czerwonej w lipcu 1941 r. Nie udało mi się niestety nigdzie znaleźć jakichś szczegółowych informacji na temat tego, co tu się wydarzyło. Pozostają jedynie przypuszczenia. 21 żołnierzy nie zdążyło uciec przed wkraczającymi na te tereny w czerwcu 1941 żołnierzami niemieckimi, ukryli się w puszczy, ktoś prawdopodobnie ich wydał, reszty dopowiadać nie trzeba.
Pamiętam, że gdy dotarliśmy tu po raz pierwszy mama się wzruszyła i powiedziała: "Nie udało się uciec biedakom". Były w tych słowach niekłamane żal, smutek i współczucie. Kto, jak kto, ale mama może mieć jak najgorsze skojarzenia związane z Armią Czerwoną. To sowieci chcieli wywieźć jej rodziców, a moich dziadków na Syberię tylko z tego powodu, że dziadek jeździł do kościoła bryczką, zawsze ubrany w garnitur i w kapeluszu na głowie. Na ówczesne warunki był kułakiem, a to wystarczało by być wywiezionym na białe niedźwiedzie. To jakiś enkawudzista w skórzanej kurtce nieludzko krzyczał i chcąc uderzyć zamachnął się na babcię, gdy ta odmawiała wpisania na liście narodowości innej niż polska, uratował ją tylko płacz kilkuletniej córeczki, który najwyraźniej obudził głęboko uśpione sumienie funkcjonariusza. To za sprawą komunistów babcia utraciła zdrowie i zmarła przedwcześnie. Mieszkając jeszcze w Adamowcach, gdy dziadka wcielono do wojska polskiego, a babcia została sama z dwójką małych dzieci, była zmuszona częstokroć późną jesienią nocować na cmentarzu albo w stogu siana, ukrywając się przed enkawudzistami szykanującymi Polaków, którzy chcieli pozostać w swojej ojczyźnie, a których zmuszano do przepisywania się na jakąkolwiek narodowość, byle tylko w dokumentach nie widnieli jako Polacy.
Któż jednak może wiedzieć kim byli ci "biedacy". Możliwe, że katowali, mordowali Polaków, ale możliwe też, że znaleźli się tu wbrew swej woli i w głębi duszy współczuli Polakom, a ich rodziny do dziś nie znają miejsca ich spoczynku. Swoją drogą nie wiem czy jest to jedynie miejsce egzekucji czy także ich pochówku. Być może matki tych młodych ludzi czekały na nich jeszcze lata po wojnie, żyjąc nadzieją, że gdzieś jeszcze żyją.
Samo miejsce jest urokliwe, zawsze zalane słońcem, wokół sosnowy przestronny las, wysokie jałowce. Trudno mi pojąć rażący kontrast między pięknem tego i podobnych miejsc, a okrucieństwem, które w nich się dokonało.
Później jeszcze idziemy na drugą stronę, przecinamy asfaltową szosę do Michałowa i wchodzimy w puszczę, piękną, jeszcze blado zieloną, ale już budzącą się do życia, już w powietrzu unoszą się olejki eteryczne wydzielane przez tysiące drzew, głównie sosen, ale też i świerki. Drzewa już ożywają, już zaczynają w nich krążyć soki, ale jeszcze nie słychać tak charakterystycznego dla początku wiosny w lesie trzaskania wywoływanego przez pulsujące coraz silniej soki, to w końcu pierwszy prawdziwy dzień wiosny...
Po drodze spotkamy jeszcze grupkę dzieciaków, jak się później okaże z Michałowa, które wyruszyły na wiosenną wędrówkę po puszczy. Z początku myślałem, że to grupa harcerzy, a to po prostu kilkoro dzieciaków - kilku chłopców i kilka dziewczynek, które się skrzyknęły i wyruszyły przed siebie. Skromnie, kolorowo ubrane, niektóre w gumowcach, zdecydowanie z ubogich rodzin, ale rezolutne i miłe, pierwsze powiedziały do nas "dzień dobry". A ja już myślałem, że współczesne dzieciaki interesują się tylko komputerami, grami komputerowymi, ewentualnie oglądaniem TV, a tu taka niespodzianka napawająca optymizmem.
sobota, 29 marca 2008
Pokolenie JP II
Zbliża się trzecia już rocznica śmierci Jana Pawła II. Doskonale pamiętam w jakim napięciu wyczekiwałem na wiadomości o stanie zdrowia Papieża i chyba tak jak wszyscy -- nieco egoistycznie - wierzyłem, że stanie się cud i Papież ozdrowieje. Niestety cud nie nastąpił, bo nastąpić nie powinien. Jan Paweł II "odszedł do Domu Ojca". Spontanicznie jak wielu innych Polaków tego dnia wyszedłem z domu, poszedłem do białostockiej katedry, pod którą zebrało się już wiele osób, nie dostałem wcześniej żadnego smsa, nikt do mnie nie dzwonił.
Tego dnia i przez kilka najbliższych dni, może tygodni, obserwowaliśmy w całej Polsce coś, co można byłoby nazwać swego rodzaju świętem. Ludzie poczuli się zjednoczeni, połączyła ich trudna do uchwycenia i nazwania więź. Jak zwykle w trudnych chwilach Polacy stali się wobec siebie uprzejmiejsi, życzliwsi, słowem starali się być lepsi. Szczerze mówiąc nie miałem złudzeń, co do tego, że taki stan nie potrwa długo - chyba jednak istnieje charakter narodowy, którego znajomość podpowiadała mi, że w Polsce wszystko wraca na stare tory i prędzej czy później wszystko będzie takim, jakim było wcześniej. Mimo to odsuwałem od siebie te myśli, zagłuszałem je, nie one wówczas były najważniejsze, chciałem chłonąć tę niezwykłą atmosferę zjednoczenia, przemiany.
Socjologowie i filozofowie szumnie ogłosili powstanie pokolenia JP II skupiającego młodych ludzi, znających nauczanie Papieża i kierujących się nim w życiu codziennym. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała te entuzjastyczne proklamacje. Mimo tego, że wielu młodych ludzi chętnie zakładało tiszerty z napisem "jesteśmy pokoleniem JP II", wielu podejmowało wolontariat w organizacjach charytatywnych, wielu chętnie wszem i wobec deklarowało swoją przynależność do owego pokolenia, miało to jednak minimalny wpływ na życie codzienne. Młodym ludziom jakby trudno było zrozumieć, że być członkiem pokolenia JP II to nie tylko chodzić do kościoła, uczestniczyć w mszach, spotkaniach wspólnot, pięknie śpiewać i grać na gitarach, podejmować wolontariat, ale to przede wszystkim codzienna, mozolna praca nad sobą, nad relacjami z innymi ludźmi, to bycie uczciwym, bezinteresownym, życzliwym wobec innych, to ciągłe doskonalenie siebie, by być lepszym dla innych, to mało spektakularne czyny często niedostrzegane i niedoceniane przez innych.
Polacy stanowią społeczeństwo o wciąż najniższym poziomie wzajemnego zaufania w całej Europie. Nie ufamy sobie, jesteśmy wobec siebie nieżyczliwi, cynizm wciąż ma się dobrze, agresja, opryskliwość i obojętność nie chcą ustąpić z życia codziennego i nadają ton naszym relacjom.
W ostatnim numerze "Więzi" poświęconym więziom społecznym Dariusz Karłowicz stwierdza, że to święto, które nam się wydarzyło 3 lata temu, było świętem i jako takie nie może trwać wiecznie, a na jego rezultaty trzeba jeszcze poczekać.
Oby miał rację...
Tego dnia i przez kilka najbliższych dni, może tygodni, obserwowaliśmy w całej Polsce coś, co można byłoby nazwać swego rodzaju świętem. Ludzie poczuli się zjednoczeni, połączyła ich trudna do uchwycenia i nazwania więź. Jak zwykle w trudnych chwilach Polacy stali się wobec siebie uprzejmiejsi, życzliwsi, słowem starali się być lepsi. Szczerze mówiąc nie miałem złudzeń, co do tego, że taki stan nie potrwa długo - chyba jednak istnieje charakter narodowy, którego znajomość podpowiadała mi, że w Polsce wszystko wraca na stare tory i prędzej czy później wszystko będzie takim, jakim było wcześniej. Mimo to odsuwałem od siebie te myśli, zagłuszałem je, nie one wówczas były najważniejsze, chciałem chłonąć tę niezwykłą atmosferę zjednoczenia, przemiany.
Socjologowie i filozofowie szumnie ogłosili powstanie pokolenia JP II skupiającego młodych ludzi, znających nauczanie Papieża i kierujących się nim w życiu codziennym. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała te entuzjastyczne proklamacje. Mimo tego, że wielu młodych ludzi chętnie zakładało tiszerty z napisem "jesteśmy pokoleniem JP II", wielu podejmowało wolontariat w organizacjach charytatywnych, wielu chętnie wszem i wobec deklarowało swoją przynależność do owego pokolenia, miało to jednak minimalny wpływ na życie codzienne. Młodym ludziom jakby trudno było zrozumieć, że być członkiem pokolenia JP II to nie tylko chodzić do kościoła, uczestniczyć w mszach, spotkaniach wspólnot, pięknie śpiewać i grać na gitarach, podejmować wolontariat, ale to przede wszystkim codzienna, mozolna praca nad sobą, nad relacjami z innymi ludźmi, to bycie uczciwym, bezinteresownym, życzliwym wobec innych, to ciągłe doskonalenie siebie, by być lepszym dla innych, to mało spektakularne czyny często niedostrzegane i niedoceniane przez innych.
Polacy stanowią społeczeństwo o wciąż najniższym poziomie wzajemnego zaufania w całej Europie. Nie ufamy sobie, jesteśmy wobec siebie nieżyczliwi, cynizm wciąż ma się dobrze, agresja, opryskliwość i obojętność nie chcą ustąpić z życia codziennego i nadają ton naszym relacjom.
W ostatnim numerze "Więzi" poświęconym więziom społecznym Dariusz Karłowicz stwierdza, że to święto, które nam się wydarzyło 3 lata temu, było świętem i jako takie nie może trwać wiecznie, a na jego rezultaty trzeba jeszcze poczekać.
Oby miał rację...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...