niedziela, 8 czerwca 2008

Niedzielna podróż

50 minut jazdy samochodem, 65 kilometrów od Białegostoku, mała wieś z sanktuarium maryjnym w Różanymstoku koło Dąbrowy Białostockiej. Wieże kościoła ufundowanego przez Tyszkiewiczów, którzy mieli tu też swój dwór, wyrastają wśród soczystozielonych pól, zalanych porannym, intensywnym już słońcem, teren delikatnie pofałdowany. Z jednej z tych wież podobno widać zabudowania Grodna, czego nie miałem niestety możliwości sprawdzić, choć jest to wielce możliwe - w prostej linii Grodno nie może być oddalone o więcej niż 20 kilometrów. Różanstocki kościół i klasztor w czasie zaborów przekazano mniszkom prawosławnym, do dziś zachowały się liczne zabudowania poklasztorne nawiązujące swoim stylem do rosyjskiej architektury sakralnej XIX wieku, nie tyle nawet nawiązujące, co będące jej typowym przykładem - dawna cerkiew z cegieł, przysadzista, półokrągłe, łukowate wykończenia okien, podobnie z budynkami dawnego monasteru - półokrągłe wykończenia okien, , sporo łuków, ale nie tak charakterystycznych dla zachodnioeuropejskiego gotyku - ostrych, smukłych, lecz łagodnych, miękkich, stanowiących pół okręgu. Gotyk zachodni pnie się ku górze, ku niebu, jest wydłużony, ostry i smukły, rosyjska architektura sakralna trzyma się bliżej ziemi, jest jakby onieśmielona, nie odważa się tak pysznie piąć ku górze.

Nie jestem po raz pierwszy w Różanymstoku, ale po raz pierwszy zwróciłem uwagę na to, że sporo osób zmierzających w stronę kościoła, zwłaszcza starszych, rozmawia między sobą językiem białoruskim - "ja pajdu", "ja prijedu", nie tylko starsi, kilku 50 - latków także. Katolicy władający językiem białoruskim to zjawisko nieznane w Polsce centralnej czy zachodniej, sam mieszkając od urodzenia w Białymstoku, dowiedziałem się o tym dopiero będąc na studiach.

W drodze z Różanegostoku, robimy krótki postój koło Sidry, a dalej jedziemy już do Bohonik - wioski, w której pozostały już tylko 3 rodziny tatarskie. Meczet został niedawno odnowiony, solidne, jasne deski niemal błyszczą w słońcu. Przed meczetem stoi autokar na opolskich numerach, grupa licealistów z opiekunami siedzi wewnątrz meczetu na dywanach, dołączamy do nich, choć Tatarka oprowadzająca po meczecie daje nam do zrozumienia, żebyśmy zostali jeszcze po nich, bo dołączyliśmy zbyt późno, a chce nam opowiedzieć kilka ważnych rzeczy. Żywa, niewysoka i niemłoda już kobieta, broni się skutecznie przed pytaniami agresywnych licealistów, którzy za wszelką cenę usiłują udowodnić jej ignorancję w dziedzinie islamu.

- Jak może pani mówić, że zna Koran, skoro nie zna pani języka arabskiego?

- Czy jesteście sunnitami czy szyitami?

- To nie ma żadnego znaczenia, nie interesują mnie takie podziały - odparowuje.

- Ale to jest istotny podział!

Jest jeszcze kilka innych napastliwych pytań, dopiero rozsądna i stanowcza reakcja opiekuna ucina tę niemal pyskówkę. Cieszy to, że młodzi ludzie tak żywo interesują się światem, nie tylko swoją kulturą, religią, ale nie sposób zrozumieć ich agresji, chęci udowodnienia swojej wyższości nad prostą w sumie kobietą. A z drugiej strony może to jest cecha charakterystyczna ludzi w wieku licealnym, i nie ma w tym nic złego. Oby tylko nie utrwaliła im się na stałe.

- Zostawmy tego typu dyskusje i rozważania teologom muzułmańskim i chrześcijańskim - przerywa napiętą atmosferę opiekun.

Z Bohonik przez Szudziałowo zmierzamy do Kruszynian. Rzut oka na meczet, architektonicznie nieco ciekawszy od bohonickiego, krótka wizyta na mizarze, z nagrobkami w języku rosyjskim z XIX wieku, w języku polskim z XX wieku. Powtarzające się nazwiska - Popławscy, Półtorzyccy, Koryccy, Adamowicze. Wiekowe, piękne sosny, nie tak smukłe, jak w puszczy, bo rosnące w oddaleniu od siebie, Jedna z nich musi liczyć zapewne kilkaset lat, ma tak gruby pień.

Wreszcie wizyta w "Tatarskiej Jurcie", która mnie rozczarowuje. Byłem w niej wcześniej dwa bądź trzy razy, i za każdym razem wyjeżdżałem zadowolony. Tym razem kręcimy się między tarasem a pomieszczeniami wewnątrz rozbudowanego domu, nikt do nas nie podchodzi, nikt nie próbuje wskazać miejsca, w którym możemy usiąść. Wreszcie dosiadamy się do dwóch stolików, przy których siedzą po dwie osoby. Czekamy więcej niż 10 minut, aż ktoś z obsługi nas zauważy. Trzykrotnie prosimy o menu, ale nikt go nam nie przynosi, i nikt do nas nadal nie podchodzi. Gdy wreszcie zjawia się młoda dziewczyna, niezbyt sympatycznie i nieco niekulturalnie informuje nas co moglibyśmy zamówić, pozostawia nas byśmy się zastanowili nad tym, co chcemy wybrać. Później już do nas nie wraca. Zwalnia się jeden stół, mieścimy się przy nim wszyscy, w sumie 8 osób, nikt nie podchodzi, by zabrać brudne naczynia i nikt nie przyjmuje od nas zamówienia. Decydujemy się już niemal wyjść, gdy zjawia się właścicielka Jurty, ale złe wrażenie i tak trudno zatrzeć. Spora ilość klientów, upał nie mogą być jednak usprawiedliwieniem braku menu, braku zainteresowania klientem. Profesjonalna restauracja musi dbać o to, by klient, który do niej wchodzi nie wyszedł z niej niezadowolony. W której restauracji bym nie był, wszędzie po wejściu kelnerzy starali się nam znaleźć wolne miejsce, przynosili menu. Menu wbrew pozorom jest bardzo ważne - klient ma czas, by się zastanowić, co chce wybrać, ma podane ceny, opis serwowanych potraw, i często gramaturę (choć niestety nie zawsze). Nie można wymagać od niego, że zapamięta wszystkie potrawy, które dana restauracja serwuje, zwłaszcza jeśli ich nazwy brzmią egzotycznie, jak w przypadku kuchni tatarskiej. Nie może być też tak, że o ich cenach dowiaduje się w chwili otrzymania rachunku. Tak więc rozczarowanie, a szkoda, bo potrawy tatarskie są naprawdę smaczne, ważna jest jednak także oprawa w jakiej sie je spożywa, niestety.

Po obiedzie w Kruszynianach, wyruszamy z powrotem w stronę Szudziałowa, dalej jedziemy na północ do Starej Kamionki. Staram się jechać wolniej, by dokładniej móc się przyjrzeć pięknym krajobrazom za oknem, pofałdowanym polom, lasom na horyzoncie, tuż przed Starą Kamionka otwiera się ze wzgórza przepiękny widok - ogromna przestrzeń obramowana wzgórzami, i z każdej strony na horyzoncie lasy. Widok wręcz zapierający dech w piersiach.

Teraz już tylko dojechać do Wierzchlesia, później do puszczy i po podróży w upale i prażącym słońcu, wyczekiwany i zasłużony odpoczynek w cieniu strzelistych sosen w pobliżu Kopnej Góry, moczenie nóg w chłodnym, szemrzącym, czystym jak łza puszczańskim strumieniu, z którego nabieramy wodę do picia, a później już błogie lenistwo...

środa, 4 czerwca 2008

Poniedziałek, Warszawa, podróż pociągiem

Spotkanie m.in. z panią Sowińską, Rzecznikiem praw dziecka. Okazuje się być osobą ciepłą, szalenie inteligentną, często uśmiechającą się, sympatyczną, o dużym poczuciu humoru. Prawdziwy wizerunek będący całkowitym zaprzeczeniem tego medialnego. Od dawna mam sceptyczny stosunek do mediów. Z człowieka głupiego są w stanie "uczynić" mądrego, z niekompetentnego - jedynego kompetentnego, z podłego - szlachetnego, z człowieka małego - autorytet. Truizmy i banały, ale wciąż jakby zapominane.

Podróż pociągiem, w pierwszej klasie, w przedziale z prowincjonalnym literatem i panią dyrektor ośrodka szkoleniowego, literat opowiada tylko i wyłącznie o sobie, głośno i dużo.

- Wracałem któregoś razu otrzymawszy nagrodę Kraszewskiego, i wie pani spotkałem w przedziale moją znajomą, która już wiedziała o tym, że zostałem laureatem rzeczonej nagrody. Powiedziała o tym na głos w przedziale, wszyscy jadący z nami zaczęli przyglądać mi się z zainteresowaniem, a znajoma wyjaśniła im po kolei kim jestem, czym się zajmuję, i za co otrzymałem nagrodę.

Po pewnym czasie literat wyjmuje komórkę.

- A tu widzi pani, to zdjęcie - to ja z księdzem Twardowskim. A tu sam ksiądz Twardowski. Wspaniała osobowość.

Nabożna cześć okazywana przez panią dyrektor towarzyszowi podróży bijąca z oczu i z całej postawy, spięte i niepewne ruchy, nerwowe przebieranie palcami. Literat osiągnął swój cel, po raz kolejny zachwycił kogoś sobą.

Infantylizm i narcyzm w wydaniu pięćdziesięciolatków, godny sztubaków, nie irytuje mnie, a jedynie bawi.

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Uroki uniformizacji

W słowie od redaktora w 6 numerze "Czasopisu" Jerzy Chmielewski dzieli się z czytelnikami ciekawym spostrzeżeniem, któremu do pewnego stopnia nie sposób nie przyznać racji , a mianowicie: "Nietrudno zauważyć, że wsi w cywilizacyjnym znaczeniu u nas już nie ma. Wszędzie nastała cywilizacja miasta - z jednakowym stylem życia, spędzania czasu i tymi samymi priorytetami (materialnymi, a jakże) czy to w Białymstoku, Orli, Trześciance, a nawet gdzieś na kolonii w głuszy pod lasem."

Te słowa utkwiły mi w pamięci i stały się inspiracją do rozmyślania, choć moje myślenie poszło w nieco innym kierunku.

W swoim życiu miałem wielu znajomych Białorusinów czy wyznawców prawosławia, którzy rozczarowywali mnie kompletnym brakiem zainteresowania swoją tożsamością. Ta wiedza wydawała sie im być do niczego niepotrzebna, nudna i stanowiąca swego rodzaju balast.

Pewna znajoma pochodząca z Narewki, wyznania prawosławnego, do białoruskości nie przyznająca się bądź do niej nie poczuwająca się, najchętniej spędzałaby dni wolne w knajpach, albo podróżowałaby bezustannie do Grecji, Egiptu, Hiszpanii, by nurkować w morzu i godzinami opalać się na piaszczystych plażach. O samej Narewce wie niewiele - historia to rzecz nie dla niej, nie interesuje jej zupełnie; prawosławie? no jest prawosławna, święta obchodzi, ale żeby wchodzić w jakieś szczegóły, to rzecz już zbyteczna.

Inna znajoma, absolwentka historii - za którą tak naprawdę nie przepada, studia chciała jakieś skończyć, padło na historię, ale historyków raczej uważa za nudny gatunek człowieka. Opowiadała mi któregoś razu o pewnym nieszczęśniku, koledze ze studiów, który najwyraźniej darzył ją szczególnymi względami, zapraszał na długie spacery i przy okazji - jak to określiła - męczył ją opowieściami o swoich historycznych pasjach, a że nie chciała być niemiła, to zgodziła sie na kilka spacerów, ale kolegi miała szczerze dość. Jej prawosławie było "świąteczne", sprowadzone do rytuału i kilku udziałów w pielgrzymkach na Grabarkę. Te ostatnie zadziwiły mnie najbardziej, bo nie pasowały do niej nijak. Duchowość wydawała się być na ostatnim miejscu w hierarchii jej wartości czy zainteresowań, co innego sport, spotkania z koleżankami, knajpy, dyskoteki.

Koleżanka z Gródka, studentka, najchętniej spędzałaby czas otoczona wianuszkiem zabawiających ją kolegów, w knajpach albo dyskotekach. Czy czuje się Białorusinką? Ależ skądże, jest Polką wyznania prawosławnego. A Leon Tarasewicz? Obrusza się, - Jakiż tam z niego Białorusin! Gródek, Chodkiewiczowie, miejsce, w którym stał zamek. - To mnie nie interesuje.

Podobne przykłady można by mnożyć. Czy jest to przypadłość Białorusinów, osób wyznania prawosławnego, bo ktoś mógłby tak pomyśleć przeczytawszy powyższe opisy? Ale za myślenie innych nie ponoszę odpowiedzialności. W ten sposób chciałem jedynie wykazać jak bardzo się uniformizujemy. Lista moich znajomych narodowości polskiej, wyznania katolickiego, nie przywiązujących żadnej wagi do swojej tożsamości byłaby dużo dłuższa (ze względu na proporcje). Osób, dla których katolicyzm sprowadza się do cotygodniowego dreptania do kościoła i kupowania prezentów na Boże Narodzenie, dla których polska historia czy kultura, to sprawy dobre jedynie dla nudziarzy czy mizantropów, jest bez liku.

Na marginesie tylko dodam, że najbardziej zadziwiła mnie kiedyś spotkana dziewczyna z zachodniej Polski, absolwentka prawa, doktorantka, prowadząca zajęcia ze studentami, która nie wiedziała czym była "Żegota".

Czy zatem rację ma Jerzy Chmielewski, że uniformizuje nas cywilizacja miasta? Chyba nie do końca. Nie uniformizuje nas cywilizacja miasta, ale kultura masowa. Prawdziwe miasto to różnorodność, miejsce, w którym każdy kto nie jest psychopatą, dewiantem, przestępcą powinien mieć swoją przestrzeń wolności i swoją niszę, w któej mógłby czuć się bezpiecznie, nawet jeśli miałoby sie to odbywać kosztem samotności.

To, że osoby z Gródka, Dąbrowy Białostockiej, Narewki, Bielska Podlaskiego przyjeżdżają do Białegostoku czy Warszawy i nie są w stanie wnieść nic nowego, nic świeżego, nic prawdziwie swojego, które nie są w stanie budować prawdziwej i głębokiej różnorodności miasta, nie świadczy o tym, że na prowincję, na wieś wkradła się cywilizacja miasta, ale właśnie owa nieszczęsna płytka, miałka i bezbarwna kultura masowa, która nie stanowi nic innego, jak tylko zaprzeczenie cywilizacji miasta, które z samej swojej definicji jest wielorakie i każdemu gwarantuje autonomię, jeśli ten nie krzywdzi innych.

Dla jasności dodam, że nie widzę nic złego w podróżach zagranicznych, w spędzaniu wolnego czasu w knajpach w towarzystwie znajomych, w dyskotekach, w sportach. Sam lubię uprawiać wszelkie sporty, podróżować kiedy tylko i gdzie się tylko da, lubię czasem odwiedzać knajpy i tańczyć w klubach, ale niepokoi mnie to, gdy owe "pasje" stają się celem samym w sobie, a nie towarzyszy im jakakolwiek sfera duchowa, sfera idei.

Co z tego, że wkrótce będziemy się spotykać i opowiadać sobie o podróżach do Egiptu - nie wiedząc nic o jego historii, kulturze, nie poznawszy tamtejszych ludzi i problemów z jakimi zmagają się na co dzień. Jaki sens mogą mieć podróże do Egiptu, Hiszpanii, Grecji sprowadzające się do nurkowania w morzu, smażenia się na plaży, zwiedzenia piramid, Akropolu, cykania tysięcy zdjęć wypasionymi cyfrówkami? Od tego wszystkiego wieja przeraźliwa pustka. Co z tego, że będziemy całymi dniami przesiadywać w knajpach prowadząc rozmowy o niczym i szukając tylko towarzystwa, które nas rozbawi? To wszystko nie ma nic wspólnego ze zbliżaniem ludzi do siebie. Rzecz nie w tym byśmy byli jednorodni i jednowymiarowi, ale w tym, by się naszą odmiennością potrafić zachwycać.

Mam też całe szczęście wśród Białorusinów czy wyznawców prawosławia znajomych, którzy są świadomi swojej tożsamości, i rozmowy, z którymi są zawsze żywe i szalenie interesujące, a to dlatego, że ci potrafią powiedzieć wiele o tym, co ich różni ode mnie, a co było mi dotychczas nieznane.

sobota, 31 maja 2008

Umiejętność bycia sługą

Godzina 6.30, dzień powszedni, chłodny acz słoneczny wiosenny poranek, bujna już zieleń wokół, i kościół na jednym z najstarszych białostockich osiedli do którego nie przyszedłem bezinteresownie. Nie jestem osobą zanadto religijną, choć czasem odczuwam głęboką potrzebę wspólnoty z ludźmi zgromadzonymi w kościele. Tym razem było inaczej, potrzebny był mi podpis księdza na pewnej karteczce a w tym celu musiałem przystąpić po latach do spowiedzi.

Msze w rzeczonym kościele odbywają się wciąż w części podziemnej, góra jest już niemal z zewnątrz wykończona, ale jeszcze nie oddana do użytku. Siedzę w ławce, w bocznej nawie, w nawie głównej modlą się na głos głównie starsi ludzie, skromnie ubrani, jedni z pokorą wymalowaną na twarzach, smutkiem albo cierpieniem, dostrzegam tylko kilka twarzy naznaczonych grymasem złości, z których trudno wyczytać coś pozytywnego, ale nie oceniam. Wraz z wiekiem coraz trudniej przychodzi mi łatwe ocenianie, a nawet samo ocenianie, bez znaczenia czy łatwe czy trudne.

Msza ma się rozpocząć o 7, od 6.30 do 7 wierni modlą się sami. Z ławki w nawie bocznej, w której siedzę mam widok na drzwi wejściowe. Między ławką a drzwiami usiadł ksiądz, prawdopodobnie proboszcz, będzie przyjmował zapisy w określonych intencjach i ofiary. Schodzi się coraz więcej osób, głównie ludzie starsi, ale też w średnim wieku, ci ostatni mając wolną chwilę przed rozpoczęciem pracy, chcą najwyraźniej rozpocząć dzień od modlitwy, a może także potrzebują poczucia wspólnoty. Wszak to poczucie daje czasem niejasne odczucie szczęścia, którego na co dzień mogą nie mieć w domu, albo jest to zupełnie inny rodzaj szczęścia, którego nawet w dobrym życiu, w kochającej się rodzinie, zaznać nie sposób.

W pewnym momencie do kościoła wchodzi kobieta w średnim wieku, korpulentna, w zupełnie niemodnych okularach o grubych szkłach, skromnie i staroświecko ubrana. Kieruje się w stronę nawy głównej, ale wytężając wzrok spostrzega siedzącego przy stoliku proboszcza, cofa sie kilka kroków, zbliża się do stolika, wymusza uśmiech i macha księdzu ręką, chcę by ją zauważył, ten z początku jej nie dostrzega, dopiero gdy kobieta nie odpuszcza, kiwa jej oschle głową patrząc w zupełnie inną stronę. Było w tym zdarzeniu coś irytującego i zabawnego zarazem. Wiernopoddańczy stosunek do księży jest dość powszechną cechą w środowiskach osób blisko związanych z kościołem, zwłaszcza chyba we wschodniej Polsce.

Z czasem jednak irytacja i rozbawienie, które mnie ogarnęły, zaczęły ustępować. Mimowolnie w czasie mszy kilka razy spojrzałem w stronę owej kobiety. Zauważyłem, że nie była zatopiona w głębokiej modlitwie, i choć wykonywała wszystkie przepisane gesty w czasie mszy, to jej myśli wydawały się gdzieś błądzić. Siedziała sama w długiej ławce, nieoczekiwanie kilka razy wybuchała cichym, dławionym śmiechem, wzrok miała wbity w ziemię. Wszelkie czynności w czasie liturgii wykonywała mechanicznie, zupełnie nieświadomie, jakby była nieobecna duchem, a jedynie ciałem.

Przez ponad dwa lata zdarzyło mi się pracować z ludźmi chorymi psychicznie. Wszystkie zachowania tej kobiety zaczęły mi się układać w pewną całość, zaczynałem powoli rozumieć, moje szare komórki zaczęły pracować na pełnych obrotach. Jej nadwaga okazała się tak charakterystyczną dla osób przyjmujących leki psychotropowe przeciw depresji, zaburzeniom schizoafektywnym czy schizofrenii. Te zachowania wydały mi się tak znajome i typowe dla osób dotkniętych tymi właśnie zaburzeniami.

W zupełnie innych barwach dostrzegłem to wydarzenie sprzed ponad dwóch tygodni dopiero dziś podczas wieczornej wycieczki rowerowej. Zbawienny jest jednak czas poświęcony tylko sobie i swoim myślom niekoniecznie o sobie. Dopiero dziś zrozumiałem, jak poważny błąd popełnił ów ksiądz.

Częstokroć jest tak, że ludzie dotknięci zaburzeniami psychicznymi są pozostawieni samym sobie, opuszczają ich rodziny, znajomi, przyjaciele, o prawdziwym szczęściu mogą mówić ci, którzy mają jeszcze kochających rodziców. A nawet, jeśli mają kogoś, kto sie nimi opiekuje, to osoby takie nie są w stanie wypełnić im życia, każdy człowiek oprócz rodziny potrzebuje bliskich, znajomych, przyjaciół, wrogów, kontaktu z drugim człowiekiem w jakiejkolwiek roli ten drugi, by nie występował. Bez tego istota ludzka obumiera.

Nie znam opisywanej kobiety, nie widziałem jej nigdy wcześniej i nigdy później. Jej zachowanie jednak tuż po wejściu do kościoła wskazywałoby na to, że traktuje księdza, jako osobę wyjątkową, jako kogoś kto daje poczucie bezpieczeństwa, a być może zastępuję członka rodziny, osobę bliską. Rzeczą oczywistą jest, że ksiądz takiej roli w rzeczywistości pełnić nie może, bo nie byłby w stanie się z niej wywiązać, chyba że formalnie i realnie podjąłby się opieki. Jednakże znając nadwrażliwość wielu osób chorych psychicznie, wskazanym byłoby, aby ów ksiądz nie reagował tak oschle i lekceważąco na zachowania wiernych, co do których wiernopoddańczych gestów jest zapewne przyzwyczajony.

Sądzę, że w seminariach nie uczy się kleryków psychiatrii, a raczej elementów psychiatrii. Ja mam to "szczęście", że na piątym roku studiów spośród wykładów nieobowiązkowych wybrałem sobie psychiatrię sądową połączoną z praktykami w szpitalu psychiatrycznym w Choroszczy, później jeszcze zdobyłem ponad dwuletnie doświadczenie w pracy z ludźmi chorymi. To wszystko dało mi pewną wrażliwość na rozeznanie potrzeb tych ludzi. Wszyscy którzy wykonują zawody nazwijmy je "wrażliwe społecznie" powinni jednak jakąś wiedzę z zakresu podstaw psychiatrii mieć, choćby po to, by reagować należycie w takich sytuacjach, jak ta opisana powyżej. W innym wypadku ich niewiedza (to jednak dużo lepsze słowo niż "brak wrażliwości", bo ten ostatni bierze się z deficytu wiedzy, a nie jest jakimś zawinionym "brakiem", choć czasem bywa i tak, że jest zawinionym) może skutkować poważnymi konsekwencjami. Pozornie błahe zachowanie może w rezultacie doprowadzić do poczucia bycia odrzuconym przez osobę, która stanowi nieraz "ostatnią deskę ratunku".

Ważnym jest też, by przyszłych księży uczono w seminariach, że ksiądz nie jest żadnym "księciem kościoła", nawet jak się dosłuży orantów biskupich, ale sługą Bożym i człowieczym.

Pieraciosy 2008

Wcześniej słyszałem o tych uroczystościach w TV, a dziś w świeżo kupionym "Czasopisie" przeczytałem artykuł Doroty Sulżyk i Jerzego Sulżyka "Pieraciosy. Mogiła w sercu puszczy" opisujący ze szczegółami przebieg tego znakomitego patriotycznego i integracyjnego przedsięwzięcia, jakie miało miejsce 30 kwietnia w uroczysku Komotowszczyzna niedaleko Walił.

Swego czasu szalenie interesowała mnie historia powstania styczniowego na Podlasiu, szczególnie w okolicach Białegostoku. Nigdy jednak nie udało mi się dotrzeć do miejsca największej bitwy, która rozegrała się na Białostocczyźnie w czasach powstania - w uroczysku Komotowszczyzna.

Inicjatorem i jednym z organizatorów tegorocznych uroczystości był nadleśniczy Krzysztof Bozik. 30 kwietnia w leśnym ostępie pojawiło się około 300 osób. Część leśników poprzebierała się w przygotowane wcześniej stroje imitujące te z epoki powstania. Jak wynika z wypowiedzi niektórych z nich, sami szukali odpowiednich ubrań w puszczańskich wioskach, sami też adaptowali swoje służbowe ubrania obcinając kołnierze koszul, jako że w latach 60 - tych XIX wieku koszule zamiast kołnierzy miały tylko stójki. Któryś z leśników wygrzebał u gospodarza we wsi Radunin sukmanę z czasów dwudziestolecia międzywojennego. Wcześniej zapoznawali się ze zdjęciami z epoki i grafikami przedstawiającym ówczesne stroje.

Na miejscu bitwy odbyła się biesiada, której towarzyszyły śpiewy, sesje zdjęciowe z "powstańcami", a na poczęstunek złożyło się prawdziwe wiejskie jadło, podobno wybornie smakujące w lesie - w to akurat nie wątpię. Ale najważniejszą częścią uroczystości była modlitwa ekumeniczna, w której wzięli udział księża katoliccy i prawosławni, modlący się wspólnie za poległych powstańców. I to jest chyba najbardziej pokrzepiająca informacja. Oby więcej tego typu uroczystości, wspólnych modlitw i spotkań, i oby nie sprowadzały się one tylko i wyłącznie do suchego, czysto formalnego, nudnego rytuału, który gdzieś zatraca swój cel i znaczenie. Byłoby cudownie, gdyby takie uroczystości stały się szczerą i świadomą potrzebą mieszkających na Podlasiu Polaków i Białorusinów, rozumiejących sens istnienia dobrych relacji między naszymi narodami.

Nie rozumiem natomiast zupełnie dlaczego następne podobne uroczystości mają odbyć się dopiero za 5 lat?!

Świetnie się też stało, że temat ten podjęło białoruskie czasopismo "Czasopis". To też jest krok milowy w naprawianiu relacji polsko - białoruskich na Podlasiu czy - jak kto woli - na Białostocczyźnie. Dawno już nie czytałem z takim ożywieniem, nadzieją i radością wieści z Podlasia.

Podsumowując - świetna inicjatywa nadleśniczego, wspaniale zorganizowana uroczystość i wielka, napawająca nadzieją otwartość białoruskiego środowiska "Czasopisu". Oby tak dalej!

piątek, 30 maja 2008

Kościół Świętego Rocha w Białymstoku

Mam sceptyczny stosunek do wszelkich "miejsc mocy", ale bezspornym faktem jest to, że w pewnych miejscach czujemy się wyjątkowo dobrze, a inne przyprawiają nas o stany niemal depresyjne. Wzgórze, na którym stoi Kościół Świętego Rocha w Białymstoku - w moim odczuciu - należy zdecydowanie do tej pierwszej kategorii.

Podobno święte gaje pogańskie były lokowane w tak zwanych "miejscach mocy" - patrz kazus wzgórza nad Sprząślą, obecnie Supraślą, gdzie wznosi się zrekonstruowana świątynia prawosławna i dawny klasztor bazylianów - teraz własność mnichów prawosławnych. Pierwsza świątynia prawosławna powstała tu pod koniec XV wieku, w miejscu, w którym wcześniej miejscowa ludność oddawała cześć pogańskim bóstwom. Legenda mówi, że na rzece, przy wzgórzu zatrzymał się krzyż puszczony przez mnichów sprowadzonych przez hetmana Chodkiewicza mającego swoją siedzibę w nieodległym Gródku. Z drugiej jednak strony wiedza historyczna podpowiada nam, że zarówno świątynie katolickie, jak i prawosławne powstawały często w dawnych miejscach kultu pogańskiego. Ludzie byli do nich przyzwyczajeni, i tak by je nawiedzali, i tak, nawet oficjalnie oddając hołd nowemu Bogu, więc łatwiej było wykorzenić ich wierzenia stawiając na miejscu starej świątyni czy świętego gaju, dom nowego - wedle panujących - prawdziwego Boga.

Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek słyszał, czy czytał o tym, że Wzgórze Świętego Rocha było w zamierzchłych czasach miejscem kultu pogańskiego. Jedno jest natomiast pewne - jest miejscem szczególnym, jednym z najbardziej urokliwych w całym Białymstoku, dzięki swemu położeniu - na wzgórzu wznoszącym się ponad szumem, hałasem i zgiełkiem tętniącego życiem miasta, otoczonym szczelnie zielenią drzew - idealnym do kontemplacji i medytacji.

Zdjęcia zamieszczone w niniejszym poście są owocem mojej dzisiejszej wyprawy, której celem bynajmniej nie było fotografowanie kościoła świętego Rocha i jego otoczenia, powstały one niejako przy okazji załatwiania spraw - nazwijmy je służbowych;-)

Zainteresowanych historią kościoła i samego miejsca, na którym powstał zachęcam do przeczytania interesującego artykułu Józefa Maroszka opublikowanego w "Czasie miłosierdzia", a dostępnego także online pod adresem:

http://www.bialystok.opoka.org.pl/czas/nr136/art/sw_roch.htm













środa, 28 maja 2008

Mój Lublin

Nie ma roku bym w Lublinie nie pojawił się przynajmniej kilka razy. I choć lubelską starówkę, tak jak i całe miasto, uważam za jedną z najpiękniejszych w Polsce, to jednak Lublin nie wydaje się być miejscem przyjaznym na tyle by móc w nim zamieszkać na stałe.

Sama starówka lubelska podoba mi sie o wiele bardziej niż krakowska czy toruńska, nie wspominając już o warszawskiej (wobec tej ostatniej powinny być stosowane jednak zupełnie inne kryteria, jako że jest to właściwie rekonstrukcja tej prawdziwej starówki z duszą, choć z drugiej strony nie sposób jej odmówić uroku).


Z opowieści znajomych, którzy jeszcze mieszkają w Lublinie bądź tych, którzy już się wyprowadzili i wyemigrowali z kraju, miasto to nie jest wcale tak interesującym, urokliwym i dobrym do życia, jakim pozornie wydaje się być. Według koleżanki, którą los rzucił na Wyspy, Lublin ma być miastem dusznym, w którym tak naprawdę niewiele się dzieje, nie zapewniającym prawdziwej wielkomiejskiej różnorodności, w którym trudno sobie znaleźć niszę, albo nie sposób jej znaleźć w ogóle - koleżanka takiego osobnego miejsca sobie w nim niestety nie znalazła.

Wielu młodych, wykształconych lublinian emigruje też do Warszawy, co wskazywałoby na to, że w samym Lublinie trudno o ciekawą i dobrze płatną pracę, a jeśli już się taka trafi to o jej zdobyciu decydują pewnie - tak jak i w Białymstoku - względy całkowicie pozamerytoryczne.

Z moich powierzchownym obserwacji - niewykluczone, że ulegam tylko pozorom, wszak jako Polacy jesteśmy mistrzami wywierania dobrego wrażenia - wynika, że ludzie w Lublinie są dużo bardziej otwarci od mieszkańców mojego rodzinnego miasta, wykazują się dużo mniejszą podejrzliwością i nieufnością w kontaktach z osobami nieznajomymi, a w rezultacie o wiele łatwiej jest nawiązać niezobowiązującą rozmowę z nieznajomą osobą w Lublinie niż w Białymstoku.


Niewątpliwą zaletą Lublina jest natomiast wielość różnorodnych pubów i kafejek. Po raz pierwszy w tym roku trafiłem ze znajomymi do Pubu "U szewca" i choć nazwa "pub" mogłaby wskazywać, że wystrój wnętrz powinien wywoływać skojarzenia z Irlandią, to jednak miejsce to - nie wiem czy w sposób zamierzony czy też nie - ma swój niepowtarzalny klimat, przypominający mi nieco atmosferę z prozy Schulza albo Kafki. Trzykondygnacyjna kamienica z bodaj XVII wieku przy ulicy Grodzkiej, wąska od frontu i ciągnąca się dobrych kilkanaście metrów w głąb, wąskie schody, labirynt pomieszczeń i korytarzy, mnóstwo rekwizytów wiszących na ścianach - stare plakaty, obrazy, sprzęty sportowe, narty, buty narciarskie, lampy, stare fotografie oprawione w ramki, i wiele, wiele innych, a do tego nieprzebrane tłumy ludzi, które - o dziwo - nie odstręczają, a wręcz odwrotnie - zachęcają do poszukania sobie - jakby paradoksalnie to nie brzmiało - cichego stolika gdzieś w rogu czy na środku sali. Byłem pod ogromnym wrażeniem tego miejsca.



No i kluby, nie mogliśmy ominąć klubów, Hades, Design, Czekolada, i kilka innych, których nazw w tej chwili nie pamiętam, ale zostaliśmy na dłużej tylko w jednym - Fashion. Rozlokowany na 2 kondygnacjach, w centrum miasta, w nowoczesnym budynku, nie będącym może arcydziełem współczesnej architektury, ale doskonale harmonizującym z otoczeniem. Na 3 piętrze - dwie duże sale do tańczenia z tematyczną muzyką, kręgielnia, i chillout z prawdziwego zdarzenia - z wygodnymi kanapami, poduszkami, półmrokiem, tylko nieco zanadto monotonną muzyką sączącą się z dyskretnie umieszczonych głośników - RnB i podobną, za ciężką i i zbyt jednostajną jak na chillout, w którym powinien rozbrzmiewać właśnie relaksujący i spokojny chillout. Na 4 piętrze pomieszczenie barowe i oddzielony od niego szklaną ściana parkiet z muzyka z lat 70-tych i 80-tych, do tego na zewnątrz taras z przepięknym widokiem na nocny Lublin. Tłumy ludzi, dużo przestrzeni, niezła tematyczna muzyka, bary bez kolejek, nowoczesny wystrój - dużo szkła i innych lekkich materiałów, nieirytująca gra świateł, wszystko to składało się na charakterystyczny klubowy klimat. Podobnego miejsca w Białymstoku nie sposób uraczyć i pewnie nieprędko się takiego doczekamy.

Tym razem mieliśmy tylko niecałe 3 dni na Lublin i okolice, a do tego deszczowy i chłodny długi majowy weekend. Nie zobaczyliśmy wszystkiego, co obejrzeć byśmy chcieli. Cała sztuka polega jednak na tym, by za każdym razem odkrywać w Lublinie coś nowego. Kilka lat temu trafiła się nam wystawa grafik Goyi ("Gdy rozum śpi, budzą się demony") w Muzeum na Zamku. W Białymstoku nie miałbym szans na obejrzenie podobnej wystawy, a oglądanie dzieł Goi było chyba jednym z najważniejszych wydarzeń w moim życiu.

W tym roku czasu starczyło nam jeszcze na wspięcie się na szczyt Wieży Trynitarskiej przy Katedrze, kilka wypraw kulinarnych, m.in. do Restauracji Żydowskiej przy Trybunale na wątróbkę po żydowsku, do Naleśnikarni z prawdziwego zdarzenia na naleśniki z miodem i konfiturami śliwkowymi (smakowały jak pyszne domowe mamine!) i herbatę imbirową z miodem, a ja jeszcze pobuszowałem w księgarni w Centrum Informacji Turystycznej skąd przywiozłem kolejny numer "Scriptores", broszurę o Tatarach na Podlasiu południowym i prawdopodobnie całkiem ciekawą książkę będącą zbiorem interesujących historii, opowieści i legend z Lubelszczyzny - "Z toporem przez wieki". Ale o ich lekturze następnym razem.




Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...