piątek, 6 września 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 26 - przyjazd do Białegostoku, układanie życia na nowo

Z Krakowa trzeba było dostać się do Łodzi. W Łodzi przy Piotrkowskiej rozlokował się Państwowy Urząd Repatriacyjny, w którym należało załatwić wszelkie formalności związane z przyjazdem do nowej Polski. Dzięki wsparciu UNRRY (UNRRA - United Nations Relief and Rehabilitation Administration - Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy; organizacja niosąca pomoc krajom spustoszonym przez wojnę) PUR pomagał finansowo i materialnie tym wszystkim, którzy zmuszeni byli opuścić rodzinne strony, bo te zostały wcielone do ZSRR. Nie był to jeszcze czas nasilonych represji wobec ludności cywilnej, nowa władza nie mogła i nie była w stanie walczyć na wielu frontach jednocześnie. Genowefa uważała, że będąc na terytorium Polski, w samym jej sercu, jej i dzieciom nic już nie zagraża, nie ma tu priedsiedatieli w skórzanych płaszczach grożących pistoletami, nie ma wszechobecnego NKWD, podejrzanych Serafinów, donosicieli, których tak bolała jakaś skromna bryczka, garnitur i kapelusz Floriana. Dowiedziała się natomiast, że rodzony brat jej męża został zwolniony z wojska i skierowany do pracy w straży banku w Białymstoku. Otrzymał służbowe mieszkanie, w którym zamieszkał z żoną i dwójką dzieci. Białystok był na ten czas dobrą lokalizacją, oczywiście przejściową. Nigdy nie robił na Genowefie dobrego wrażenia, znała to miasto jedynie zza okien pociągu. W drodze z Wilna do Warszawy, pociąg zatrzymywał się na stacji w Białymstoku. Sprawiał wrażenie miasta ponurego, typowo fabrycznego. Nigdy wcześniej nie mieli w nim krewnych, znajomych, żadnych spraw do załatwienia. Ale teraz okoliczności sprawiły, że stał się miejscem idealnym do zamieszkania. Raz, że brat Floriana mógłby im pomóc, a dwa - będzie stąd już blisko do Wilna, i gdy sytuacja w Polsce i na świecie się unormuje, można będzie sprawnie i szybko powrócić do Adamowców. Zatem - kierunek Białystok. Z pomocą PUR i UNRRY.

Znowu stukot kół, długa jazda pociągiem, przez zburzoną Warszawę, i przyjazd nad ranem do Białegostoku. Dwoje dzieci, tobołki, worek z mąką, a w nim posrebrzany krucyfiks, żywot świętej Genowefy zwinięty w rulon, i wierna, łagodna krówka żywicielka. Trzeba było jeszcze tylko przemaszerować przez gruzowiska do urzędu na Warszawskiej, tam okazać dokumenty i czekać na przydział jakiegoś dachu nad głową. Na ulicy Warszawskiej mieścił się też w przedwojennej kamienicy bank, do pracy w którym skierowano Jana. Okazała kamienica i obok, w podwórzu, piętrowy budynek mieszkalny dla pracowników banku. Tuż za nim zielone i pachnące owocami, warzywami i ziołami późnego lata ogrody ciągnące się do rzeki Białej. Białystok był wówczas miastem zrujnowanym, zniszczonym w ponad osiemdziesięciu procentach. Ocalały nieliczne kamienice i część drewnianej zabudowy. Trasa tej dziwnej wędrówki wiodła więc przez zwaliska gruzów, przetykane murowanymi i drewnianymi ocaleńcami, ogrodami, drzewami, łapczywie wdzierającą się - gdzie się tylko dało - bujną zielenią traw, krzewów, wielobarwnych dzikich kwiatów.

Ówczesna administracja cywilna działała mimo wszystko sprawnie. Nie zachowały się żadne opowieści o konieczności koczowania gdzieś pod gołym niebem. Niepełna rodzina z odległych Adamowców otrzymała skromną izdebkę z kuchnią w drewnianym domu wzniesionym z podkładów kolejowych może pod koniec XIX, a może na początku XX w., przy ulicy Fabrycznej. Dziś w tym miejscu stoją jedenastopiętrowe bloki, zachowało się kilka wiekowych drzew, jedno z nich miało pamiętać jeszcze dawną drewnianą zabudowę. Robotniczy Białystok, z drewnianymi domami tonącymi w bujnej zieleni ogrodów. Gdzieś nieopodal, w jednym z takich ogrodów, leżał wysoki komin huty szkła, zbombardowanej przez sowietów w lipcu 1944 r., podobno omyłkowo. Piloci mieli za zadanie najpewniej zniszczyć inną hutę, przy ulicy Ryskiej, a trafili w tę niewielką, na czyjejś prywatnej posesji. Duży ogród przy domu zapewniał pożywienie krówce. W pozostałych izbach mieszkali przedwojenni jeszcze mieszkańcy tego domu, w tym na pięterki staruszka Niemka, potomkini przybyszów z Niemiec, jeszcze z czasów, gdy niemieccy osadnicy zakładali fabryki włókiennicze w Białymstoku i w okolicznych miejscowościach.

Należało teraz stopniowo układać życie na nowo, zdobyć jakieś wiadomości o Florianie, wszak wojna się już dawno skończyła, a nie ma o nim żadnych wieści, znaleźć pracę, posłać dzieci do szkoły, i zdać się całkowicie na Boga.

czwartek, 5 września 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 25 - długo wyczekiwana granica

Szarpnęło gwałtownie wagonem i zaczęło się hamowanie. Albo kolejny nieoczekiwany postój albo kontrola i granica. Po wielu dniach męczącej jazdy należało się spodziewać najtrudniejszego momentu tej wymuszonej podróży. Pociąg stanął w polu, otworzyły się drzwi drewnianych wagonów, z których wysypał się tłum ludzi. W zasięgu wzroku pojawili się skośnoocy żołnierze w szynelach, budionnówkach z czerwonymi pięcioramiennymi gwiazdami, w dłoniach paski, a na nich karabiny z zatkniętymi bagnetami. Czyli to jednak już. Granica. Dzieci odczuwały i rozumiały grozę sytuacji. Jeszcze silniej czuła ją i rozumiała Genowefa. Ufność we wstawiennictwo Matki z Ostrej Bramy była jednak niezachwiana, drogi odwrotu już nie było.

Dzień był słoneczny i ciepły. Rozpoczęła się kontrola dokumentów. Zanosiło się na wyjątkowo długi i pełen nerwów postój. Sowieci w swoim wykonywaniu obowiązków byli całkowicie nieprzewidywalni - albo nad wyraz dociekliwi i precyzyjni albo skrajnie niedbali i niedokładni. Dokumenty nie były sfałszowane, nie były podrabiane, należały jedynie do całkowicie obcych im osób, zbliżonych jedynie wiekowo, z którymi nie łączyło ich żadne pokrewieństwo, a podobieństwo fizyczne w rysach twarzy nie było uderzające. Jakby na to nie patrzeć, jednak ucieczka, oszustwo, które gdyby zostało wykryte, oznaczłoby jedno - drogę na wschód, więzienie, wywózkę. Przyszła na nich kolej. Genowefa z duszą na ramieniu, mgiełką przed oczami, na nogach z waty, stała resztkami sił, podtrzymywana jakąś niewidzialną siłą, gdy sołdat zerkał w dokumenty. Jego twarz bez wyrazu, nieobliczalna. Minuty ciągnące się w nieskończoność. Matko Boska Ostrobramska, ratuj!

Uratowała. Droga do Polski stoi otworem!

Gdy wydawało się, że już po wszystkim, że można wracać do wagonów, nagle powietrze przeszył nieludzki krzyk. Odruchowo głowy zebranych odwróciły się w stronę, z której dobiegł ten przeszywający serce i duszę dźwięk. Skośnoocy żołdacy w budionnówkach rozdzielali dwie kobiety - młodszą, w wieku lat około dwudziestu, i starszą - na oko lat około pięćdziesięciu. Kobiety nie pozowalały się rozłączyć, krzyczały, płakały, próbowały schwycić się dłońmi, co tylko rozwścieczyło oprawców, którzy zaczęli je okładać kolbami karabinów, po całym ciele, jak rzeczy powalili je na ziemię i bili kolbami po głowach. Tryskająca z zadawanych ran krew wymieszana z łzami rozmazała się na ich twarzach tak, że nie było widać oczu, ust, rysów twarzy. Ten obraz zapadł małej Florci tak silnie w pamięć, że nie była w stanie od niego się uwolnić. Ale wówczas Genowefa momentalnie odwróciła dziewczynkę plecami do tej okrutnej sceny, wtuliła w siebie, mocno przycisnęła jej główkę osłaniając ją dłońmi.

Po niedługim czasie pociąg ruszył dalej, już tylko metry dzieliły go od Polski. Po miesiącu wyczerpującej fizycznie, a jeszcze bardziej psychicznie podróży dotarł do Krakowa. Genowefa jednak nie zamierzała osiedlać się w Krakowie. W Adamowcach został dom i gospodarstwo, bracia pozostali w Krukwoszczyźnie, im - tak jak i wielu innym - wydawało się, że to całe zamieszanie z granicami jest tymczasowe, nie było ich na liście do wywózki, nie widzieli więc żadnego powodu, by opuszczać swoje rodzinne strony. W myślach Gieni zarysował się natomiast plan, by poszukać miejsca do życia gdzieś bliżej granicy, skąd byłoby bliżej do Adamowców.

środa, 4 września 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 24 - przez Wilno na zachód

Wiadomo, że były to bydlęce wagony i był to długi skład ciągnięty przez dwie lokomotywy. Dni jeszcze utrzymwały się ciepłe i długie. Dziewczynka zapamiętała postój w Wilnie. Z dworca kolejowego był już tylko rzut kamieniem do Ostrej Bramy. Mama wzięła córeczkę za rękę i poszły razem tak dobrze znanymi Genowefie uliczkami. Nikt wówczas nie zakładał, że będzie to wyjazd na zawsze, bez możliwości powrotu, wszystko wokół wydawało się tymczasowe, przejściowe, chaotyczne, trzeba się było ratować przed wywózką w głąb złowrogiego państwa, ale sytuacja się przecież w końcu ustabilizuje, wszystko wróci do normy i być może rację ma Władek, twierdząc, że tu była i będzie Polska. Trzeba jedynie przetrwać ten czas zamętu, wojennej zawieruchy, szaleństwa wywózek, zmiany granic, rozdzielania rodzin.

- Mamo, to w końcu ile jest tych Matek Boskich?

- Jedna dziecko, jedna.

- Ale przecież w Wilnie, w Częstochowie, w Warszawie...

- To nic, Matka Boska jest jedna, tylko w każdym miejscu inaczej namalowana, inaczej ubrana.

Ta w pozłacanej sukience, z promieniami i gwiazdkami wokół głowy, w okazałej koronie, z dłońmi skrzyżowanymi na piersi, o zamyślonym wyrazie twarzy, spoglądająca z troską i uważnością na klęczącą przed Nią sześcioletnią Florcię, przypadła dziecku do gustu najbardziej i tak już pozostanie.

Czasu nie było za dużo, nigdy nie wiadomo, jak długo skład będzie stał na stacji. Pierwszeństwo miały pociągi wojskowe. Wojna się już niby skończyła, ale ruch w jedną i drugą stronę trwał w najlepsze. Wywożenie wszelkiego rodzaju łupów wojennych musiało przebiegać sprawnie, transporty cywilne nie miały w tym powojennym ruchu większego znaczenia.

Zdążyły w samą porę. Oswaldek dzielnie pilnował dobytku. Pociąg ruszył na południowy zachód. Jechali przed siebie, nie znając właściwie celu tej wymuszonej podróży.

Postoje zdarzały się przeważnie w szczerym polu. Był to czas na wykarmienie przewożonych zwierząt na łąkąch przylegających do torów. Nikt precyzjnie nie określał czasu takiego postoju. Trzeba było się wzajemnie pilnować, by ktoś nie odszedł za daleko, by zwierzęta się nie rozproszyły, i by kogoś z towarzyszy tej wędrówki nie pozostawić na pastwę losu, bo w razie zagubienia jak się później odnaleźć?

Miarowy stukot kół wagonów, uchylone lekko drzwi, by zachować ruch powietrza, jazda w dzień, jazda nocą, i obawa, by jednak ktoś się nie zorientował, że jadą na nieswoich dokumentach, by nikt tym przeklętym papierom zbyt dociekliwie się nie przyglądał. Z każdym dniem niepokój jednak narastał, z każdą godziną, minutą zbliżali się nieuchronnie do tej widmowej granicy, na której na pewno dokumenty jakiś sołdat będzie sprawdzał. Niech ona już w końcu się pojawi! Mieć to już ją za sobą! Być w tej innej Polsce, co prawda nie w Adamowcach, nie w Wilnie, ale jednak między swoimi, to prawie jak u siebie, i odetchnąć z ulgą.

sobota, 31 sierpnia 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 23 - ciąg dalszy żywota św. Genowefy

Zygfryd będąc ciężko rannym, długo powracał do zdrowia w rycerskim obozie. W tym czasie dotarły do niego wieści o wyroku wykonanym na jego żonie. Gdy w końcu wyzdrowiał i powrócił do swojego zamku, zastał Golla z towarzyszami wyprawiającego ucztę. Złoczyńca był przekonany, że Zygfryd z wojny żywym już nie wróci. Gdy hrabia wszedł do swojej komnaty, przejętej przez rządcę, zauważył wszystkie listy żony do niego pisane, przechwycone przez Golla, z których żaden nie dotarł do Zygfryda, podobnie jak i listy Zygfryda do Genowefy nie zostały doręczone. Nabierając podejrzeń, gdy pogrążył się w żalu, do komnaty weszła wierna Berta, by przekazać mu list napisany przez Genowefę jeszcze w więzieniu. Dowiedziawszy się o tym wszystkim, co się rzeczywiście pod jego nieobecność wydarzyło, wydał polecenie, by skuć Golla i wtrącić do lochu. Popadłszy w niezmierzony smutek i rozpacz, hrabia szukał zapomnienia w polowaniach. W czasie jednego z nich rzucił się w pogoń za dziką zwierzyną. Zwierzę uciekając skryło się w jaskini Genowefy. Była to bowiem wierna łania, której mlekiem przez siedem lat żywiła się Genowefa i jej synek. Gdy hrabia wszedł do jaskini zobaczył postać ludzką, okropnie wymizerowaną, przypominającą bardziej zjawę, i przyszła mu myśl, że jest to miejsce śmierci jego żony, a on widzi jej ducha, lecz wtedy ona doń przemówiła i zapewniła, że nie jest duchem, tylko jego wciąż żywą żoną, którą on skazał na śmierć, mimo że ona była niewinna. Genowefa podniosła się i resztką sił podeszła do Zygfryda, ujęła jego dłoń i wskazała na pierścień na jej palcu, który od niego otrzymała. Hrabia padł na kolana, zalał się łzami i jął ją prosić o przebaczenie. W odpowiedzi Genowefa rzekła, że nie czuła i nie czuje doń gniewu, ponieważ wiedziała, że został oszukany. W międzyczasie z lasu powrócił Bolesty. Matka oznajmiła mu, że mężczyzna, który ich nawiedził, jest jego ojcem.

Radości ze spotkania nie było końca. Następnie wszyscy razem, łącznie ze świtą, udali się na zamek. Za lasem, przy drodze zebrały się już tłumy ludzi, jako że wieść o cudownym ocaleniu i odnalezieniu hrabiny rozeszła się lotem błyskawicy. W tym tłumie dali się też dostrzec dwaj pielgrzymi w długich płaszczach i z kosturami w dłoniach. Okazało się, że byli to dwaj niedoszli oprawcy Genowefy. Padli przed nią na kolana i błagali ją o przebaczenie. Opowiedzieli o tym, jak to po pozostawieniu jej w lesie, obawiając się gniewu Golla, udali się w długą pielgrzymkę do Ziemi Świętej, z której przed kilkoma dniami powrócili. Genowefa podziękowała im za ocalenie życia jej i synka.

Gdy ten uroczysty orszak zbliżał się do zamku, uderzono we wszystkie kościelne dzwony, a rozrzewniony lud płakał z radości. Jedni wspinali się na drzewa, inni na dachy, by tylko ujrzeć ukochaną panią. Za lektyką jechał konno hrabia, z drugiej strony wierny sługa Wolf, dalej podążali dwaj pielgrzymi, a między nimi obłaskawiona łania. Rycerze i służba poprzedzali lektykę, a część z nich zamykała ów radosny pochód. Stary sługa Wolf, nie zwlekając, wziął ze sobą kilku rycerzy i udał się z nimi w drogę, by powiadomić zbolałych rodziców Genowefy o jej cudownym ocaleniu. W połowie drogi najpierw spotkali biskupa Hidolfa, który udzielał ślubu Genowefie i Zygfrydowi, i razem ruszyli z dobrą nowiną na zamek starego księcia i księżnej. Rodzice co roku w kaplicy zamkowej czcili pamięć swej córki. Tego właśnie dnia biskup przyjeżdżał do pogrążonych w żałobie staruszków i odprawiał mszę za duszę zmarłej. Tym razem biskup przybył z twarzą jaśniejącą niebiańską wręcz radością i oznajmił cudowną wiadomość. Tuż za nim, do komnaty wkroczył Wolf, który głęboko skłoniwszy się, ze wszystkimi znanymi mu szczegółami opowiedział tę niezwykłą historię. Wszyscy czym prędzej udali się do Zygfrydsburga, by zobaczyć ukochaną córkę i wnuka. Radosne powitanie we łzach wydawało się nie mieć końca. I wtedy biskup przypomniał o szczęściu, które zaczęło się od wielkich cierpień, tak jak wszelkie zbawienie na ziemi zaczynać się musi. Powiedział też, że Bóg zgromadził tu wszystkich razem, aby radości nikomu nie brakowało, i by wszyscy swoje łzy na ofiarę dziękczynienia mogli złożyć, a Bóg zawsze zwykł czynić więcej niż się spodziewamy. Błogosławiony jest zaś ten, kto wytrwa w dobrym, a gdy zostanie doświadczony, otrzyma koronę w niebie, jaką Bóg zapowiedział tym, którzy Go kochają.

Genowefa szybko wracała do sił, codziennie odwiedzali ją poddani, mieszkańcy zamku i okolicznych miejscowości. Sługa Wolf dbał o to, by przystęp do niej nie był wzbroniony najbiedniejszemu i najmniejszemu. Hrabina dla każdego z odwiedzających miała słowa, które ten następnie przez całe swoje życie, będąc już siwowłosym starcem czy siwowłosą staruszką, powtarzał swoim potomnym. Mówiła, że i oni na tym świecie wiele cierpieć muszą, że niejedna przykrość ich dotknęła i jeszcze dotknie, ale mimo wszystko winni kochać Boga, w Nim pokładać nadzieję i nie poddawać się nigdy rozpaczy, bowiem tylko On może położyć kres ich wszystkim utrapieniom. A gdy już wszystko wydaje się stracone, tylko Bóg dopomóc może, i wszelkie zło jest władny zamienić w dobro. Nie powinni pragnąć wielkich bogactw i zaszczytów, tylko poprzestawać na małym, gdyż i w stanie umiarkowania można być szczęśliwym, tak jak ona tego doświadczyła mieszkając wiele lat w puszczy, bo choć są ubogimi, mają więcej niż ona miała w lesie. Mają mieszkania, odzież, pościel, zimą ciepłą strawę i ciepłą izbę. Kto kocha Boga i ma Go w swoim sercu, ten ma w duszy Niebo. Modlitwa zaś dodaje siły w znoszeniu wszelkich przeciwności i nigdy bezskuteczną nie bywa. Dobre sumienie jest natomiast największym skarbem, najpewniejszą pociechą w cierpieniach, w więzieniu, w chorobie i w śmierci.

A sprawca tych wszystkich nieszczęść, jakie spadły na hrabinę i jej synka, dworzanin Gollo, został skazany przez sąd na karę śmierci, jako haniebny potwarca, zdradziecki sługa i trzykrotny morderca. Miał być rozerwany przez cztery konie na cztery sztuki, lecz hrabia - za wstawiennictwem swojej żony - darował mu życie, jednak nie miał prawa uwolnić go z lochu.

Zygfryd zadbał też o łanię - kazał jej wystawić przy pałacu piękną obórkę. Zwierzę kilka razy dziennie przychodziło do Genowefy, nie można jej było odpędzić dopóki choć na chwilę do komnaty swojej pani wpuszczona nie została. Jadła z rąk każdego, a dzieci dawały jej chleb, głaskały, zaś ich matki mawiały, że gdyby nie ta mądra łania, ich kochana pani i młody panicz musieliby niechybnie umrzeć w leśnej głuszy.

Nie wiadomo jak długo żyła Genowefa. Gdy jej ziemski czas dobiegł końca, od mogiły skrapianej łzami męża, syna i poddanych, żadnym sposobem nie chciała się oddalić wierna łania. Nie chciała tknąć przynoszonej jej paszy i po kilku dniach znaleziono ją nieżywą na grobie swojej pani. Hrabia kazał wystawić okazały nagrobek z białego marmuru, na którym u nóg Genowefy została wyobrażona jej kochająca łania. W puszczy, przy grocie, na prośbę Genowefy, pobudowano kaplicę, a z drugiej strony jaskini, gdzie płynął strumień, stanął klasztor z pięknym ogromnym ogrodem. Tysiące pielgrzymów ściągało do tego miejsca, a lud natychmiastowo okrzyknął zmarłą świętą. Po wielu latach zamek Zygfrydsburg popadł w ruinę. A wszystkie te wydarzenia miały się rozegrać w okolicach miasta Koblencja.

Taką pokrzepiającą opowieść, wyczytaną w książce "Opis życia Świętej Genowefy, czyli wzór ufności w Bogu dla pobożnych ludzi", wydanej w Częstochowie w 1886 r., snuł dziadek Ksawery. I tak też przedstawiają ją barwne, choć nieco wyblakłe, rysunki na obrazie przywiezionym z Wilna, który Genowefa postanowiła zabrać z Adamowców.

Był rok 1979, może 1980, ciepły, słoneczny, może wiosenny, a może letni dzień. Genowefa wzięła tę niemal relikwię, przypominającą jej bliskich i rodzinne strony, i z mieszkania na czwartym piętrzy przy ulicy Skłodowskiej 5, z trzyletnim, może czteroletnim wnuczkiem, udała się do warsztatu oprawy obrazów, mieszczącego się w starej, odrapanej kamienicy na Piaskach, na zachowanym skrawku ulicy starego Białegostoku. Ta kamienica, i ta ulica już nie istnieją, w ich miejscu stoją jedenastopiętrowe bloki, rozlokowały się parkingi, przeprowadzono asfaltowe uliczki, zniknął bruk, zniknęła samotnie stojąca kamienica, a ramy, w które obraz został wówczas oprawiony, trwają do dziś, nieznacznie tylko nadkruszone.

piątek, 16 sierpnia 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 22 - decyzja o wyjeździe z Adamowców i historia św. Genowefy

Gdzieś niedaleko Adamowców mieszkał mężczyzna, który miał żonę i dwójkę dzieci - chłopaka i dziewczynkę. Dorośli byli w wieku podobnym do Floriana i Genowefy, dziewczynka w wieku zbliżonym do Florci, ale największy problem był z chłopakiem, bo Oswaldek był o kilka dobrych lat od niego młodszy. Miał wówczas lat 13, a różnica kilku lat w takim wieku jest dostrzegalna na pierwszy rzut oka.

Genowefa zdawała sobie jednak sprawę, że pozostanie w Adamowcach i na ziemiach włączonych już do ZSRR będzie się wiązało z niechybną wywózką w głąb ojczyzny światowego proletariatu. Wiedziała, że ten wspomniany mężczyzna chce sprzedać dokumenty swojej żony i dzieci. Zdecydowała się kupić je od niego. Lista osób przeznaczonych do wywózki była pewna, imiona, nazwiska, daty urodzenia. Ucieczka na własnych dokumentach nie wchodziła zatem w rachubę, a choć zatrzymanie w czasie podróży na cudzych dokumentach mogłoby oznaczać podobne, jeśli nie takie same konsekwencje, jak pozostanie w rodzinnych stronach, to stawką był wyjazd do Polski, nowej Polski, która jeszcze się ostatecznie nie ukształtowała i nie było do końca wiadomo, jakim będzie krajem w przyszłości. Jednak możliwość zamieszkania wśród swoich, wśród rodaków, w środowisku bliskim kulturowo, językowo, mentalnie, dawała poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli po raz kolejny trzeba byłoby rozpoczynać życie od nowa.

Nie zamierzała dłużej zwlekać. Umowa repatriacyjna podpisana przez polskie władze z władzami ZSRR w lipcu 1945, otwierała osobom deklarującym narodowość polską drogę do Polski jeszcze w 1946 roku.

Ulubionego konia Floriana, tego, który bał się pociągów, zarekwirowali sowieci, w zamian zostawili swoją wychudzoną szkapę. Trzeba ją było oddać sąsiadom. Ale jedyną krówkę koniecznie należało zabrać ze sobą. Genowefa pamiętała, by nasuszyć chleba, który w postaci sucharów na pewno przyda się w drodze. Ubrania, posrebrzany krucyfiks schowany w worku z mąką, obraz przedstawiający żywot świętej Genowefy, zakupiony w Wilnie przez dziadka Ksawerego, gdy Gienia, będąc dzieckiem, nieszczęśliwie spadła z drabiny i tak mocno uderzyła głową w ziemię, że groziła jej trwała utrata wzroku. Ksawery załatwiając sprawy w Wilnie, pamiętał o tym, by przywieźć obraz, który niczym współczesny komiks, przedstawiał historię życia patronki dziecka, słynącej z tego, że jej wstawiennictwo miało przywracać wzrok niewidomym. I Gienia po niedługim czasie wzrok rzeczywiście odzyskała. Nieco wyblakły, trochę wyszarzały i poplamiony, oprawiony w drewnianą ramę, za szkłem, wisi na ścianie do dziś. W prawym dolnym rogu widnieje napis - "Dozwoleno Cenzuroju, gorod Warszawa, 26 Apriela 1893 god", i nieco wyżej tytuł już w języku polskim "Żywot św. Genowefy, czyli wzór ufności w Bogu". Składa się nań trzynaście precyzyjnie wykonanych, kolorowych, pobudzających wyobraźnię scen z życia świętej.

Wedle dawnej legendy żył w Niderlandach pewien brabancki książę, cieszący się powszechnym szacunkiem i miłością wśród swoich poddanych. Słynął z wielkich cnót i miał nie mniej szlachetną i bogobojną małżonkę, a Bóg obdarzył ich córką, jedynaczką, o imieniu Genowefa, którą kochali nad życie. Dziewczynka wykazywała niezwykłą bystrość umysłu i szlachetne serce pełne miłości bliźniego. Gdzie tylko dostrzegła nędzę lub chorobę, spieszyła z pomocą, dzieląc się własnymi sukienkami, udzielając pieniężnego wsparcia ze środków, jakimi obdarzali ją rodzice na zakup bogatych strojów. Rano i wieczorem śpieszyła do chorych. Pewnego razu, gdy ich kraj najechały wrogie wojska, ojciec Genowefy w czasie zaciętych walk znalazł się w niebezpieczeństwie utraty życia. Ze wszystkich stron otoczyli go nieprzyjacielscy wojownicy, odpierał dzielnie ich ataki, a gdy w końcu zaczął słabnąć w boju, z pomocą przybył mu waleczny hrabia Zygfryd i ocalił księciu życie. Stary książę, po zakończeniu wojny, powodowany wdzięcznością, zaprosił walecznego rycerza do swojego zamku. A poznawszy go bliżej, umiłował szczerze swego wybawcę i dał mu Genowefę za żonę. Ślubu młodej parze udzielił sędziwy i bogobojny starzec, biskup Hidolf, który błogosławiąc młodą parę, niczym prorok Symeon, przepowiedział młodym, że ich życie będzie wypełnione cierniami. Po ceremonii ślubnej małżonkowie odjechali do zamku Zygfryda, posadowionego na wyniosłej skale. Nie dane im jednak było długo cieszyć się szczęściem. Maurowie z Hiszpanii wtargnęli do Francji. Hrabia Zygfryd został wezwany do królewskiego obozu. Genowefa zostawszy sama na zamku, zapraszała doń wszystkie dziewczęta z okolicznych włości. Uczyła je szycia i przędzenia. Tak jak w dzieciństwie, niezmiennie pozostawała opiekunką ubogich i sierot. Nie było biednego, który by nie doznał od niej wsparcia, nie było chorego, którego by nie wspomogła lekarstwem i dobrym słowem. Tymczasem rządca zamku, którego hrabia przed wyruszeniem w bój mianował swoim zastępcą, niejaki Gollo, człowiek niezwykle przebiegły, potrafiący każdego zjednać gładkimi słowami, w kilka dni po odjeździe hrabiego, przybrał postać samowładnego pana. I jeżeli ktoś nie podejmował choćby prób, by zaskarbić sobie jego względy, ten musiał się liczyć ze srogim odwetem. Z początku wobec pani zamku okazywał najgłębsze uszanowanie, lecz z czasem zuchwale ośmielił się wyjawić jej swą miłość, którą ona, wierna małżeńskiej przysiędze, ze zgrozą i oburzeniem odrzuciła. Zawiedziony w swych nadziejach, gwałtowną namiętność zamienił w zemstę i poprzysiągł Genowefie zgubę. Ona, przewidując grożące jej niebezpieczeństwo, napisała do męża list z gorącą prośbą, by oddalił z zamku zdradzieckiego rządcę. List miał dostarczyć wierny sługa Zygfryda - Drako, lecz gdy Gollo się o tym dowiedział, wpadł do komnaty, w której Genowefa przekazywała Drakowi list, i przeszył wiernego sługę mieczem. Wielkie poruszenie wszczęło się na zamku, służba zbiegła się do komnaty, w której leżała zemdlona hrabina i zbroczony krwią sługa. Rządca, wykorzystując sytuację, począł rzucać na Genowefę najgorsze potwarze. Po czym zabrał list hrabiny, napisał swój własny, w którym przedstawił ją jako wiarołomną małżonkę. Wysłał go czym prędzej przez umyślnego, a hrabinę wtrącił do więzienia. Genowefa została zamknięta w ciemnym, zimnym, wilgotnym lochu, mieszczącym się w baszcie zamku. Przez kilka miesięcy trwała uwięziona w kamiennej celi. Nikt nie mógł jej odwiedzać, sam tylko Gollo od czasu do czasu do niej przychodził i usilnie namawiał do złamania przysięgi, lecz ona mu za każdym razem odpowiadała, że woli, by ludzie mieli ją za występną, niżby miała rzeczywiście przez zbrodnię ocalić swe życie. Jej cierpienia zaczęły narastać, bowiem tuż po wyjeździe męża, okazało się, że zostanie matką. I wkrótce urodziła w więzieniu syna, którego od razu poświęciła i oddała Bogu. Posłużyła się kubkiem z wodą, polała nią dziecko i chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego nadała mu imię Bolesty, jako że wśród łez i bólu przyszedł na świat.

Którejś nocy ktoś zastukał w okienko celi. Okazało się, że była to Berta, córka dozorcy więzienia, którą Genowefa jeszcze do niedawna czule się opiekowała. Dziewczyna ostrzegła swoją umiłowaną panią, że rządca wydał na nią i na dziecko wyrok śmierci, zapytała też, czy mogłaby jej w jakiś sposób pomóc. Genowefa poprosiła o światło, papier, atrament i pióro. Gdy otrzymała to, o co prosiła, napisała list do męża. W liście tym żegnając się z nim, dowodziła swej niewinności, prosiła też, by powiadomił o jej losie ukochanych rodziców, oraz by nie zabijał złoczyńcy Golla. Poświadczała zarazem, że jego poczciwy sługa Drako w niczym nie zawinił i do końca pozostał mu wiernym, wzywała by zaopiekował się jego żoną i dziećmi, a także, by nagrodził Bertę, która ten list mu dostarczyła, jako, że ona jedna jedyna jej nie opuściła. Gdy tylko oddała przez okienko list Bercie, otworzyły się drzwi celi i wkroczyli do niej dwaj uzbrojeni pachołkowie. Jeden z nich trzymał zapaloną pochodnię, a drugi dzierżył odsłonięty miecz. Nakazali kobiecie wziąć dziecko i podążać za nimi. Szli długim ciemnym korytarzem, wydającym się nie mieć końca. Wreszcie dotarli do okutych żelazem drzwi, otworzyli je z trudem i znaleźli się na dworze. Była już późna noc, niebo iskrzyło się miriadami gwiazd. Wokół roztaczała się ciemna knieja, rosły dorodne świerki i ponure jodły. Mężczyzna z mieczem kazał jej oddać dziecię. Genowefa błagała ich obu, by ocalili życie dziecku, a zabili tylko ją. Na to jeden z pachołków zwrócił się do drugiego, by darować życie pani, która tyle dobra i im przecież wyświadczyła. Ostatecznie zdecydowali, że oszczędzą życie nie tylko dziecku, ale też hrabinie, a jako potwierdzenie dokonanej zbrodni - na żądanie Golla - zamiast języka pani, przyniosą ucięty język psa. W zamian kobieta miała jedynie przysiąc, iż nigdy nie opuści puszczy, do której ją przywiedli. Jak postanowili, tak też uczynili. Pozostawili ją z dzieckiem, a sami udali się z powrotem do zamku. Genowefa usiadła pod rozłożystą sosną. W wierzchołkach drzew złowrogo szumiał wiatr, pohukiwały sowy, a w oddali słychać było wycie wilków. Matka w żarliwej modlitwie oddała się wraz z synkiem pod opiekę Bogu. Zaczął padać deszcz ze śniegiem i wiać mroźny wiatr od wschodu. Wypatrywała jakiegoś schronienia i owoców zdatnych do spożycia. W końcu udało jej się znaleźć przyjazną i zaciszną dolinę, a w skale nieopodal wejście do niedużej jaskini. Przy skale biło czyste jak kryształ źródło. Genowefa uklękła i jęła prosić Boga o pomoc. Gdy tak trwała na modlitwie, zaszeleściły zeschnięte gałązki i liście zaściełające ziemię, a przed otworem jaskini stanęła piękna łania. Z początku przyglądała się kobiecie i jej dziecku uważnie, aż w końcu do nich podeszła i poczęła przybyszów obwąchiwać. A gdy Genowefa podała jej pęk suchej trawy, łania nie uciekła, lecz zjadła trawę i pozwoliła się wydoić. Mlekiem łani matka nakarmiła dziecię i sama się nim również pożywiła. Okazało się, że owa jaskinia była legowiskiem zwierzęcia. Z mchu kobieta wyszykowała posłanie sobie i synkowi, rozłożystą gałęzią jodły zasłoniła wejście do jaskini, by ochronić się od wiatru, a łania swoim oddechem ogrzewała wnętrze groty. Z dwóch patyków Genowefa sporządziła krzyż, przed którym kilka razy dziennie się modliła. Wierna łania, która jej odtąd już nie opuszczała, leżała u nóg swojej pani. I tak mijały lata. Chłopczyk, rósł, żywiąc się ziołami, korzonkami, mlekiem i wodą, zaczął też wypowiadać pierwsze słowa, w tym po raz pierwszy powiedział "mama". Siedem lat żyli w tej przepastnej kniei, aż w końcu Genowefa poważnie zachorowała. Szykując się już do odejścia z tego świata, opowiedziała synkowi całą ich historię, pouczyła go, że gdy ona umrze, on będzie musiał iść trzy dni i trzy noce, aż wyjdzie z puszczy na wielką równinę, na której będzie stał zamek jego ojca. Oddała mu swój pierścień, który miał posłużyć jako potwierdzenie tego, że jest synem jej i Zygfryda. Gdy matka tak leżała nieprzytomna, chłopiec prosił Boga, by dobry Ojciec przywrócił ją do życia.

poniedziałek, 12 sierpnia 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 21 - nowe porządki, pętla się zaciska

Front, który się przetoczył przez okolice Adamowców, pozostawił kilka rodzin bez dachu nad głową. Mieszkańcom wsi życie ocaliły pospiesznie wykopane przy wzgórzu cmentarnym ziemianki, spaliło się jednak kilka domów, i jak to zwykle bywało przy okazji każdej wojny, spłonęły pobliskie Murzy, leżące na szlaku, którym ciągnęły różnorakie armie. W Adamowcach pożar doszczętnie strawił dom Łucji. Starszej już kobiety, która samotnie wychowywała ponad dwudziestoletniego syna. Młody mężczyzna, podobnie jak wszyscy mężczyźni ze wsi w wieku poborowym, otrzymał wezwanie do wojska, i wyruszył na wschód, a Łucja trafiła do domu Genowefy i Floriana. Miejsca w nim było wystarczająco dużo, by dać też schronienie pogorzelcom z Murz - dwóm dorosłym już siostrom. Starsza z nich ocaliła maszynę do szycia, która dawała im skromne źródło dochodu. A że dziewczyna potrafiła ją sprawnie obsługiwać, szyła na niej ubrania, bez trudu znajdujące swoich nabywców, zaś Florci uszyła szmacianą lalkę, która stała się ulubioną zabawką dziewczynki.

Gdy mężczyźni zdolni do odbycia służby wojskowej zostali wysłani na wschód, we wsi pojawił się tajemniczy Serafin z żoną i dziećmi. Wśród mieszkańców Adamowców dość szybko zyskał przydomek „Szalony Serafin”, a to za sprawą tego, że wieczorami miał zwyczaj okrywać się białym prześcieradłem, i tylko nim osłonięty, ze świecą w dłoni biegał po wsi i zaglądał do okien domostw. Nie wszyscy Adamowczanie uwierzyli w jego szaleństwo, wielu odnosiło się doń podejrzliwie, widywano go bowiem nie tylko biegającego drogą, po ogrodach, sadach, łąkach i polach, ale też wystającego pod otwartymi oknami i nasłuchującego, o czym się w domach wieczorami rozmawia. Na tych terenach zainstalowała się już władza sowiecka. Takich Serafinów, którzy ni stąd nie zowąd pojawili się i w okolicznych miejscowościach było dużo więcej. We wsi zaczęły też znikać między innymi kury. Gdy któregoś razu w rozmowie z Serafinem Genowefa złościła się na tajemnicze zniknięcie jednej z kur, Serafin spokojnie słuchał aż w końcu z uśmiechem powiedział:

- Jeśli ktoś ją zabrał i zjadł, to niech mu będzie tylko na zdrowie.

W Adamowcach na pewien czas zamieszkała również Rosjanka ze swoją dorosłą córką, przybyłe gdzieś z głębi ZSRR. Dziewczyna była zagorzałą, wyjątkowo fanatyczną komunistyczną aktywistką. Mogła mieć około dwudziestu kilku lat. Po matce było widać, że jest nieszczęśliwą osobą. Czasem pozwalała sobie na szczerość w rozmowach z Genowefą i uświadamiała mieszkańców wsi, że tak naprawdę biedy prawdziwej w swoim życiu nie zaznali, to co widzi w tej niewielkiej wsi, te domy, ich wyposażenie, ubrania, jakie noszą spotykani ludzie, to, co jedzą, w zestawieniu z tym, czego zaznała w swoich rodzinnych stronach, pozwala jej stwierdzić, że mimo trudów i okropieństw wojny, jakich Adamowczanie zaznali, to jest to niemal kraina mlekiem i miodem płynąca.

- Wy nie znacie biedy. – mawiała.

Genowefie zaufała na tyle, że po pewnym czasie zaczęła ostrzegać ją przed swoją córką.

- Uważajcie na to, co przy niej mówicie. Ja sama muszę się mocno pilnować. Jeżeli powiecie coś, co będzie nie po myśli sowieckiej władzy, ona na was z pewnością doniesie.

Obie kobiety po niedługim pobycie w Adamowcach wyruszyły gdzieś dalej na zachód, może do Wilna.

Nie upłynęło dużo czasu od wysłania mężczyzn na wschód, a do wsi dotarła smutna wiadomość. Okazało się, że w czasie podróży pociągiem, w wagonie, w którym na pryczach spali żołnierze, deski jednej z nich niefortunnie się załamały pod ciężarem śpiącego na górze mężczyzny, który razem z nimi runął na niczego nie spodziewającego się syna Łucji, przygniatając go niestety śmiertelnie. Nie wiadomo kto był heroldem złej wieści. Florcia zapamiętała jedynie wybuch głośnego płaczu Łucji, jakiego ani wcześniej, ani później, nie widziała i nie słyszała. Kobieta płakała po zmarłym jedynym synu dniami i nocami. Została sama na tym Bożym świecie.

Władza sowiecka niezwłocznie przystąpiła do wprowadzania swoich porządków. Adamowce zaczął nawiedzać priedsiedatiel tworzącego się kołchozu. Swoim wyglądem przypominał komisarza NKWD, w skórzanym czarnym płaszczu, z pistoletem zatkniętym za pas, w czarnej skórzanej czapce jakby czekisty, z daszkiem i pięcioramienną czerwoną gwiazdą. Nachodził mieszkańców w domach i nakazywał przepisywanie się na wszelkie narodowości - litewską, białoruską, żydowską, tatarską, rosyjską, byle nie polską. Początkowo oznajmiał o takiej konieczności, z czasem stawał się coraz bardziej agresywny, aż w końcu w sposób otwarty zaczął grozić niczym pospolity bandyta. W czasie jednego z takich najść, po zmroku, gdy dzieci leżały już w łóżkach, a Genowefa krzątała się jeszcze przy kuchni, nagle z hukiem otworzyły się drzwi. Bez pukania, wpadł do izby, jakby wchodził do siebie do domu. Od razu zaczął krzyczeć po rosyjsku. Dzieci się obudziły. I gdy spotkał się z kolejną odmową ze strony Genowefy, wyjął zza skórzanego pasa pistolet, zamachnął się nim i wykrzyknął:

- Ty polackaja morda, ja tiebia ubiju!

Zachowania dziecięce są częstokroć nieprzewidywalne. To mógł być rok 1945, a może już 1946, Florcia mogła mieć 5, może już 6 lat. Wystraszona, gdy zobaczyła jak ten przerażający mężczyzna z pistoletem w dłoni zamachnął się na mamę, wyskoczyła momentalnie z łóżeczka, ominęła odzianą w skórę złowrogą postać, przywarła mocno do mamy, objęła ją z całych sił za nogi, zalała się łzami i z co sił w płucach krzyczała:

- Nie dam mamy! Nie dam mamy!

Wściekły priedsiediatiel zaklął siarczyście, i trzaskając drzwiami tak mocno, że o mały włosy nie wypadły razem z futryną, wyszedł z domu.

Ale myliłby się ten, kto by sądził, że najścia się skończyły. Genowefa, nie mając zamiaru przepisywać się na inną narodowość, w tych dniach, kiedy ów sowiecki funkcjonariusz nawiedzał Adamowce, postanowiła znikać z domu. Nocowała na cmentarzu, w stogach siana, pod które nad ranem podchodziła woda z pobliskiej rzeki. Gdy kładła się spać wieczorem wtulona w siano, nad ranem budziła się częściowo w wodzie. Pamiątką po tych nocach stały się bóle reumatyczne, a z czasem choroby układu krążenia, zaś kilkadziesiąt lat później pierwszy udar, następnie kolejny, aż w końcu częściowy paraliż.

Genowefa zdała sobie sprawę, że tak jednak żyć się nie da, że te groźby, najścia się nie skończą. Powstało wrażenie, że pętla wokół rodziny zaciska się coraz mocniej, że – wbrew temu, co twierdził jej brat Władysław – Polski tu już - na razie przynajmniej - nie ma i nie będzie. W końcu czarę goryczy przelała informacja, jaką przekazały Gieni kuzynki, pracujące w miejscowej administracji. Wedle niej Genowefa i jej dzieci mieli się znaleźć na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR. A to za sprawą złożonego przez kogoś donosu, że Florian ubrany w garnitur i kapelusz, wraz z rodziną, jeździł bryczką na niedzielne msze do kościoła. Ten garnitur, kapelusz, bryczka, własne zadbane gospodarstwo, wystarczały, by być uznanym za wroga ludu, kułaka, i przykładnie ukaranym. Trzeba już było zacząć działać konkretnie, nocne ucieczki na cmentarz, nocowanie na polach, nie mogły być rozwiązaniem.

sobota, 10 sierpnia 2024

Błyski. Historia Rodzinna. Część 20 - bolesne rozstanie

Codzienny rytm życia wyznaczały prace w gospodarstwie, zamówienia na prace stolarskie, zabawy z dziećmi, wspólne niedzielne wyprawy do kościoła w Udziale, skromną bryczką, Florian w garniturze i kapeluszu, Genowefa w odświętnej sukience. Do bryczki był zaprzęgany ulubiony koń Floriana, tylko jego słuchał i jemu się podporządkowywał. Miał też pewną słabość - ogromnie bał się pociągów. Przed przejazdem kolejowym, za każdym razem, gdy nadjeżdżała lokomotywa, narowił się, stawał dęba, i wtedy jedynie Florian był w stanie nad nim zapanować.

Któregoś dnia mała Florcia stała się przyczyną poruszenia we wsi i wielkiego niepokoju rodziców. Dzień był letni, długi, i w czasie, gdy Florian pracował w polu, a Genowefa wyszła do ogrodu, dziecko zniknęło z domu. Gdy matka wróciła z ogrodu, po dziecku nie było śladu, wołała, zaglądała do izb, wybiegła na dwór, popędziła do sąsiadów, ale dziewczynki nikt nie widział. W poszukiwania dziecka zaangażowała się cała wieś. Gdy w międzyczasie Florian wrócił z Oswaldkiem do domu, do akcji wkroczył ulubieniec chłopaka – Misiek. Stanął przed łóżkiem rodziców i zaczął usilnie szczekać, i za żadne skarby nie chciał od niego odejść, nawet przywoływany przez Floriana. W końcu zwierzak próbował wejść pod łóżko, i gdy tak uparcie i coraz głośniej ujadał, Oswaldek nachylił się, by zobaczyć co też mogło tak mocno przykuć uwagę jego podopiecznego, że nie dawał się przekonać, by wyjść na dwór. I wtedy jego oczom ukazał się taki oto widok – śpiąca spokojnie, jakby nigdy nic, młodsza siostrzyczka, nie reagująca na panujący w izbie hałas.

- Tato, tato! Ona tu jest, śpi pod łóżkiem!

Tuż po cudownym odnalezieniu, do domu wróciła zrezygnowana i zafrasowana Genowefa, dziwiąc się wesołej atmosferze, jaką w nim zastała. Po chwili zauważyła córeczkę, całą i zdrową, z poważną miną coś wyjaśniającą rozbawionemu tacie. Okazało się, że dziewczynka z jakiegoś powodu obraziła się na rodziców, i postanowiła dać im nauczkę i schowała się pod łóżkiem, ale nie przypuszczała, że w międzyczasie jej się przyśnie. I w ten oto sposób zagadka zaginięcia sama się rozwiązała. Realizacja planu nie przebiegła co prawda zgodnie z zamierzeniami dziewczynki, wymknęła jej się nieco spod kontroli, ale że finał był szczęśliwy to rodzice podeszli do całej sprawy ze zrozumieniem.

Tymczasem zbliżał się front. Na początku lipca 1944 roku oddziały Armii Czerwonej wkroczyły do Głębokiego. Mieszkańcy Adamowców, nauczeni już niejednym wojennym doświadczeniem, postanowili zawczasu przygotować nieopodal wzgórza cmentarnego ziemianki, w których mogliby się schronić, gdyby walki toczyły się w pobliżu wsi. I nie mylili się, kule i pociski przelatywały nad wsią, a owe naprędce wykonane schronienia ocaliły im życie. Wymiana ognia nie trwała na szczęście długo.

Po przejściu frontu nastały nowe porządki. Pojawiła się sowiecka władza, która mieszkańców tych ziem postrzegała jako obywateli ZSRR. Za tak zwanego pierwszego sowieta, w dniach 26-28 października 1939 r. we Lwowie obradowało Zgromadzenie Ludowe Zachodniej Ukrainy, a w dniach 28-30 października 1939 r. w Białymstoku Zgromadzenie Ludowe Zachodniej Białorusi. Gremia te najpierw uchwaliły ustanowienie władzy sowieckiej na terenach zajętych we wrześniu 1939 r. przez wojska radzieckie, a następnie przyjęły deklaracje do Rady Najwyższej ZSRS, zawierające żądania włączenia tych terenów do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Rada Najwyższa ZSRS dekretem z dnia 1 listopada 1939 r. włączyła południowo-wschodnie województwa II RP do USRS, a 2 listopada 1939 r. województwa północno-wschodnie do BSRS. Delegaci do tych zgromadzeń zostali wybrani w pseudowyborach, które odbyły się 22 października 1939 r. pod całkowitą kontrolą Moskwy, a głosy można było oddawać jedynie na kandydatów wspieranych przez sowietów. Konsekwencją tych działań było już tylko przyjęcie dekretu 29 listopada 1939 r. przez Prezydium Rady Najwyższej ZSRS „o nabyciu obywatelstwa ZSRS przez mieszkańców zachodnich obwodów Ukraińskiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej”. Zgodnie z jego postanowieniami obywatele polscy, którzy znajdowali się na terenach zachodnich obwodów Ukrainy i Białorusi – jak władze komunistyczne nazywały zajęte polskie terytoria – w momencie włączenia tych regionów do ZSRS automatycznie stawali się obywatelami ZSRS. W ten sposób kilkanaście milionów obywateli polskich, wbrew swojej woli, otrzymało obywatelstwo radzieckie. A w rezultacie, jako nowi obywatele ZSRS, mężczyźni mieli obowiązek służby wojskowej w Armii Czerwonej. Tak też się stało i na Wileńszczyźnie. Mieszkańcy Adamowców płci męskiej otrzymali powołania do radzieckiego wojska.

Nadszedł smutny czas rozstania. Ten dzień Florcia zapamiętała doskonale na całe życie, choć miała wówczas zaledwie 4 lata. Scena pożegnania z ukochanym tatą na stacji kolejowej wyryła się aż zanadto wyraźnie w jej pamięci. Przytuliła się z całych sił do Floriana, którego koszula stała się mokra od łez dziecka. Mężczyzna wsiadając do pociągu, próbował ukryć swoją twarz, by żona i dzieci nie widzieli jego łez. Na chwilę przed odjazdem pociągu wychylił się, by jeszcze raz spojrzeć na Genowefę, Florcię i Oswaldka.

Znacznie później dowiedzieli się, że Florian i jego brat Jan trafili do miejscowości Gorochowieckije Łagieria, w głębi Rosji. Wysłano tam mężczyzn z okolic Głębokiego, Postaw, Brasławia. Opowiedział im o tym pan Pietuszko, pochodzący z okolic Brasławia, który zaprzyjaźnił się z Florianem i Janem. Mężczyźni, po dłuższym pobycie we wspomnianych Gorochowieckich Łagieriach otrzymali co prawda polskie mundury, ale szkolili ich rosyjscy oficerowie. W sowieckim duchu, na sowiecką modłę. Dowództwo przyjęło, że przybyli są plastyczną masą, którą można dowolnie kształtować i lepić z niej sowieckiego człowieka. Te ich wyobrażenia spotkały się jednakże od samego początku ze zdecydowanym oporem. Twórcy nowego człowieka, jego formowanie rozpoczęli od narzucenia zakazu porannej i wieczornej modlitwy. Zabronili polskim żołnierzom wykonywania pieśni "Kiedy ranne wstają zorze", a na wieczór "Wszystkie nasze dzienne sprawy". Gdy kresowiacy w odpowiedzi na to posunięcie odmówili wyjścia na poranny apel, jeden z rozhisteryzowanych sowieckich politruków, rozwścieczony, purpurowy ze złości, zaczął biegać po obozie z pistoletem, wymachiwać nim i krzyczeć, że miateżników ubijet! Nie wywarło to jednak na zbuntowanych przybyszach z Wileńszczyzny najmniejszego wrażenia. W końcu ktoś z sowieckiego dowództwa poszedł po rozum do głowy, uciszono rozgrzanego politruka i zapewne w obawie przed możliwym większym buntem, by przełamać sytuację patową, zezwolono na poranne i wieczorne modlitwy i pieśni.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...