W Czarnymstoku drogę przetną nam dwie wystraszone sarny, wybiegną wprost z podwórza opuszczonego domostwa, w biały dzień, około godziny 16.00, w samym środku wsi. Na podwórzach ani żywego ducha. Z lewej strony żarzy się czerwona kula zachodzącego słońca. W radiu Marcin Kydryński prowadzi wywiad z Marizą, która wieczorem ma dać koncert w Gdyni. Portugalska wokalistka opowiada o swoich podróżach, o melancholii podobno wspólnej dla Polaków i Portugalczyków, choć zastrzega się, że jej melancholia nie jest smutna, bo dzieciństwo miała szczęśliwe. Niełatwo jednak dać wiarę w istnienie podobieństw między polską a portugalską melancholią. Ta polska wydaje się być depresyjna i jakby rzadziej twórcza, często idzie w parze z agresją i z frustracją, często może nawet zupełnie niezawionionymi. Tutaj, jeśli się rozejrzeć wokół, śladem tej polskiej melancholii jawią się przydrożne krzyże, ale nie te zmurszałe, drewniane czy zdobione żeliwne, tylko te mniejsze, skromne, drewniane, przy których rodziny i bliscy ustawiają znicze. Nawet na tak krótkim odcinku, od miejsca, w którym bruk przechodzi w asfalt, ich obecność jest wyraźnie dostrzegalna. Przy szosie, którą samochody przejeżdżają z częstotliwością jednego auta na godzinę. Krzyże upamiętniające ofiary pijanych kierowców. Na nieodległej stąd drodze z Janowa do Korycina, w pobliżu słynnej "Panderozy" (miejsca imprez discopolowych), zagęszczenie owych krzyży tworzy makabryczny widok. Polska melancholia, wschodnia melancholia to przede wszystkim przygniatający smutek, którego zagłuszyć nie są w stanie do niedawna klawiszowe rzężenie, a teraz dużo nowocześniejsze didżejskie bity, zaprawiane alkoholem pochłanianym bez opamiętania.
Pozytywnie melancholijne wydają się być jedynie otaczajace krajobrazy. Te rzeczywiście doskonale współbrzmią z łagodnym, nostalgicznym portugalskim fado. I to prawdopodobnie jedyne punkty styczne między polską a portugalską melancholią.
Jeszcze krótka wypowiedź Marizy o różnicach między tradycyjnym fado rodem z robotnicznych portowych dzielnic Lizbony i współczesnym; kilka utworów rodowdem siegających roku 1912 i 1913, i rozpalona czerwona kula zniknie za postrzępionymi wierzchołkami świerków i sosen.