Tartu, około 650 km od przejścia granicznego w Ogrodnikach i 800 km od Białegostoku. Smak północy poczuliśmy już po przekroczeniu granicy łotewsko - estońskiej w Mõniste, jadąc pustymi niemal szosami przecinającymi wiekowe w przeważającej części iglaste lasy, które pod względem szaty roślinnej przypominają jedyne borealne polskie puszcze, tj. Puszczę Knyszyńską i Augustowską. Po drodze mijamy kilka wsi o całkowicie drewnianej zabudowie, domy o dwuspadowych dachach tonące w zieleni ogrodów i sadów, starsze panie niewielkimi grupakami uprawiające nordic walking wzdłuż dróg. Wzdłuż dróg, bo częstotliwość ruchu jest tak niewielka, że powietrze jest tu równie świeże, jak na leśnej piaszczystej drodze gdzieś w głębi puszczy.
Võru, jedyne większe - jak na warunki estońskie miasteczko - na drodze do Tartu. Majestatyczne sosny między sowieckimi blokami, sporo drewnianej międzywojennej zabudowy, rozległe jezioro ciągnące się od centrum aż pod las daleko za miasteczkiem. Jak się okazało jednak nawet tu można zgubić drogę, jeśli się zanadto rozglądać na boki, ale z drugiej strony nie rozglądać się wokół nie sposób. Całe kwartały drewnianych domów - parterowych, piętrowych, z facjatkami, słonecznymi werandami, zdobieniami, okiennicami, drewnianymi niemal portalami. Z komunikacją nie ma najmniejszych problemów, w każdym miasteczku, w każdej wiosce młodzi ludzie władają językiem angielskim, a starsi rosyjskim. Urocza Estonka perfekcyjną angielszczyzną wyprowadza nas na właściwą drogę.
Za Võru mamy już więcej otwartej przestrzeni, ciemniejące plamy lasów widnieją już tylko gdzieś na horyzoncie, wciąż dość intensywne słońce, chylące się ku zachodowi, towarzyszy nam z lewej strony do samego Tartu. Krajobraz tej części Estonii jest nieco inny niż litewski, łotewski czy północno - wschodniej Polski. Litewskie czy północno - wschodnie polskie pagrórki zaskakują swoją częstotliwością, zjeżdzając z jednego mamy pewność, że tuż za nim pojawi się następny, i tak bez końca. Łotwa natomiast na odcinku od Daugavpils do Ape zaczyna z lekka usypiać swoją nizinną, momentami bagienną, poprzecinaną od czasu do czasau lasami, polami i łąkami monotonią. Tutaj z kolei ma się wrażenie, że falują całe płyty tektoniczne, to nie pagrórki, ale wypiętrzenia całych połaci ziemi, łagodnie wznoszące się ku górze, albo nieznacznie opadające gdzieś ku rzekom bądź jeziorom. Ruch na drodze umiarkowany, dopuszczalna prędkość 100 km/h, nie dostrzegamy, i nie dostrzeżemy też później, agresji na drogach, wściekłych kierowców, wpyrzedzania na tzw. trzeciego, ani też krzyży przy drogach.
Tartu wita nas postindustrialną dzielnicą, za czasów sowieckich musiały się tu znajdować jakieś zakłady produkcyjne, obecnie nie ma po nich nawet śladu, cała przestrzeń została zabudowana szklaną, metalową i betonową nowoczesną architekturą, znośną dla oka, choć ze swej natury niezbyt interesującą.
By wiedzieć, jak mamy jechać dalej pytamy o drogę w pierwszym napotkanym hipermarkecie. Uprzejmość, uczynność i życzliwość , jak się też i później wielokrotnie przekonamy, to prawdopodobnie cechy narodowe Estończyków. Jedna z ekspedientek porzuca swoje miejsce pracy i obowiązki pracownicze, udaje się do stoiska z książkami i mapami, odszukuje na stojaku plan Tartu, wraca do nas uśmiechnięta, rozkłada mapę, do pomocy przychodzi jeszcze jeden z ochroniarzy i krok po kroku wyjaśniają nam, jak mamy jechać do naszych gospodarzy. Przy czym czynią to tak doskonale, że w drugim co do wielkości mieście Estonii (liczącym 100 tysięcy mieszkańców) nie gubimy drogi ani razu, na każdym skrzyżowaniu skręcamy właściwie. Mijamy nowoczesną część tartuskiego centrum zabudowaną naprawdę estetycznymi, nieprzytłaczającymi szklanymi domami, by wyjechać w dawnej dzielnicy zamieszkiwanej niegdyś przez kadrę Uniwersytetu Tartuskiego. Zgrabne murowane i drewniane domy w otoczeniu przestronnych ogrodów, poprzetykane już niestety - na szczęście nieliczną - zabudową noszącą znamiona czasów sowieckich, choć i ta architektura jest dużo bardziej znośną dla oka niż peerelowskie sześciany z epoki wczesnego czy późnego Gierka. Uroku miejscu dodaje przede wszystkim wszechobecność zieleni, zieleni sadów, drzew wysadzonych przy cichych, wąskich ulicach oraz alejach spacerowych.
No i wreszcie białe noce, prawdziwe utrapienie dla osób mających płytki sen, nie wspominając już o tych, które cierpią na bezsenność. Noc nie zapada w ogóle. Około godziny 1.00 robi się jedynie szaro, ale nie ciemno, można zasłaniać firanki, zasłony, a i tak nasz wzrok bez najmniejszej trudności wyodrębni każdy przedmiot w pokoju, każdy kontur, każdy detal. Tak jest w czerwcu, noce lipcowe są już dużo ciemniejsze.
Około północy wyruszamy na krótki rekonesans po dzielnicy, która na czas jakiś stanie się naszym domem, i to w takim stopniu, że poczuję się tu jak u siebie. Jest tak rozległa i tak interesująca, że sama mogłaby zostać wpisaną na listę miejsc obowiązkowych do obejrzenia w Tartu. Kusi stare Tartu, ale to już byłoby za dużo wrażeń, jak na jeden dzień. I choć noc nie zapada, to jednak zmęczenie daje się we znaki.
*** Następny post poświęcony zostanie staremu Tartu.
poniedziałek, 28 lutego 2011
poniedziałek, 14 lutego 2011
Niedzielne wędrowanie, wschodnia melancholia i fado
Mroźne, wietrzne, ale słoneczne niedzielne popołudnie, delikatnie prószący śnieg, momentalnie zwiewany z piaszczystej, dość szerokiej drogi prowadzącej z Dobrzyniówki w stronę Korycina, przez Czarnystok, Górnystok, Białystoczek i Krukowszczyznę. Nieodłączne dla tej okolicy pagórki, sosnowe zagajniki, porozrzucane w kotlinkach pojedyncze domostwa, przydrożne, murszejące drewniane krzyże, krzyże żeliwne z drugiej połowy XIX w. z charakterystycznymi zdobieniami - każdy z obowiązkową trupią czaszką i prośbą o modlitwę za dusze zmarłych. We wsi Czarnystok żwirówka przechodzi gwałtownie w "kocie łby", bruk pamiętający być może XIX w. Jego dni są już pewnie policzone, fundusze unijne umożliwiają zalanie każdej drogi ponurym i nudnym asfaltem. Mnóstwo opuszczonych, drewnianych domów, o dwuspadowych dachach, w oknach niektórych dostrzegalne z drogi wyszarzałe, stare firanki, gdzieniegdzie pozabijane deskami okna z wybitymi szybami, jakieś opuszczone sześcianowate budowle z czasów schyłkowego PRL-u, a to wszystko poprzetykane odnowionymi, błyszczącymi drewnianymi domkami, wymalowanymi w radosne barwy, z rzadka tylko wyrastają ceglane wille miejskiego typu, jeszcze nawet niewykończone.
W Czarnymstoku drogę przetną nam dwie wystraszone sarny, wybiegną wprost z podwórza opuszczonego domostwa, w biały dzień, około godziny 16.00, w samym środku wsi. Na podwórzach ani żywego ducha. Z lewej strony żarzy się czerwona kula zachodzącego słońca. W radiu Marcin Kydryński prowadzi wywiad z Marizą, która wieczorem ma dać koncert w Gdyni. Portugalska wokalistka opowiada o swoich podróżach, o melancholii podobno wspólnej dla Polaków i Portugalczyków, choć zastrzega się, że jej melancholia nie jest smutna, bo dzieciństwo miała szczęśliwe. Niełatwo jednak dać wiarę w istnienie podobieństw między polską a portugalską melancholią. Ta polska wydaje się być depresyjna i jakby rzadziej twórcza, często idzie w parze z agresją i z frustracją, często może nawet zupełnie niezawionionymi. Tutaj, jeśli się rozejrzeć wokół, śladem tej polskiej melancholii jawią się przydrożne krzyże, ale nie te zmurszałe, drewniane czy zdobione żeliwne, tylko te mniejsze, skromne, drewniane, przy których rodziny i bliscy ustawiają znicze. Nawet na tak krótkim odcinku, od miejsca, w którym bruk przechodzi w asfalt, ich obecność jest wyraźnie dostrzegalna. Przy szosie, którą samochody przejeżdżają z częstotliwością jednego auta na godzinę. Krzyże upamiętniające ofiary pijanych kierowców. Na nieodległej stąd drodze z Janowa do Korycina, w pobliżu słynnej "Panderozy" (miejsca imprez discopolowych), zagęszczenie owych krzyży tworzy makabryczny widok. Polska melancholia, wschodnia melancholia to przede wszystkim przygniatający smutek, którego zagłuszyć nie są w stanie do niedawna klawiszowe rzężenie, a teraz dużo nowocześniejsze didżejskie bity, zaprawiane alkoholem pochłanianym bez opamiętania.
Pozytywnie melancholijne wydają się być jedynie otaczajace krajobrazy. Te rzeczywiście doskonale współbrzmią z łagodnym, nostalgicznym portugalskim fado. I to prawdopodobnie jedyne punkty styczne między polską a portugalską melancholią.
Jeszcze krótka wypowiedź Marizy o różnicach między tradycyjnym fado rodem z robotnicznych portowych dzielnic Lizbony i współczesnym; kilka utworów rodowdem siegających roku 1912 i 1913, i rozpalona czerwona kula zniknie za postrzępionymi wierzchołkami świerków i sosen.
W Czarnymstoku drogę przetną nam dwie wystraszone sarny, wybiegną wprost z podwórza opuszczonego domostwa, w biały dzień, około godziny 16.00, w samym środku wsi. Na podwórzach ani żywego ducha. Z lewej strony żarzy się czerwona kula zachodzącego słońca. W radiu Marcin Kydryński prowadzi wywiad z Marizą, która wieczorem ma dać koncert w Gdyni. Portugalska wokalistka opowiada o swoich podróżach, o melancholii podobno wspólnej dla Polaków i Portugalczyków, choć zastrzega się, że jej melancholia nie jest smutna, bo dzieciństwo miała szczęśliwe. Niełatwo jednak dać wiarę w istnienie podobieństw między polską a portugalską melancholią. Ta polska wydaje się być depresyjna i jakby rzadziej twórcza, często idzie w parze z agresją i z frustracją, często może nawet zupełnie niezawionionymi. Tutaj, jeśli się rozejrzeć wokół, śladem tej polskiej melancholii jawią się przydrożne krzyże, ale nie te zmurszałe, drewniane czy zdobione żeliwne, tylko te mniejsze, skromne, drewniane, przy których rodziny i bliscy ustawiają znicze. Nawet na tak krótkim odcinku, od miejsca, w którym bruk przechodzi w asfalt, ich obecność jest wyraźnie dostrzegalna. Przy szosie, którą samochody przejeżdżają z częstotliwością jednego auta na godzinę. Krzyże upamiętniające ofiary pijanych kierowców. Na nieodległej stąd drodze z Janowa do Korycina, w pobliżu słynnej "Panderozy" (miejsca imprez discopolowych), zagęszczenie owych krzyży tworzy makabryczny widok. Polska melancholia, wschodnia melancholia to przede wszystkim przygniatający smutek, którego zagłuszyć nie są w stanie do niedawna klawiszowe rzężenie, a teraz dużo nowocześniejsze didżejskie bity, zaprawiane alkoholem pochłanianym bez opamiętania.
Pozytywnie melancholijne wydają się być jedynie otaczajace krajobrazy. Te rzeczywiście doskonale współbrzmią z łagodnym, nostalgicznym portugalskim fado. I to prawdopodobnie jedyne punkty styczne między polską a portugalską melancholią.
Jeszcze krótka wypowiedź Marizy o różnicach między tradycyjnym fado rodem z robotnicznych portowych dzielnic Lizbony i współczesnym; kilka utworów rodowdem siegających roku 1912 i 1913, i rozpalona czerwona kula zniknie za postrzępionymi wierzchołkami świerków i sosen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Błyski - część 37
Kontakt z braćmi, pozostałymi za granicą, która jak się wydawało, okrzepła już na dobre, był mocno ograniczony, przez pewien czas nie istnia...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Lesław Maleszka stanowi chyba najlepszy przykład agenta, który ochoczo i nadgorliwie współpracował ze służbami specjalnymi. Historie o łaman...
-
Rok 1932 minął pod znakiem wznoszenia nowego domu w Adamowcach. Podstawowym budulcem na tych terenach było drewno, murowane budowle na wsiac...