niedziela, 25 maja 2008

Park w Dojlidach

Przystrzyżone trawniki, równo wytyczone alejki, jeszcze nie zniszczone nowe ławki, odremontowany klasycystyczny pałac Lubomirskich z zadbanym klombem od frontu; znać w tym wszystkim rękę dobrego gospodarza, a właściwie spore pieniądze.

Obecny park ma niewiele wspólnego z tym dawnym, z czasów moich licealnych wagarów, studenckich pasji literackich, szczęśliwych i nieszczęśliwych niemal werterowskich miłości. Pozostały jedynie te same stare drzewa, układ alejek i stawy. Wiosną, latem, wczesną jesienią nie było tygodnia bez wyprawy rowerowej do Dojlid. Tu - w dzikim parku, porośniętym krzewami wybujałymi zupełnie bez pozwolenia, gęstymi trawami wysokimi na metr, a może jeszcze wyższymi - oddawałem sie urokom lektury odkrywanej literatury rosyjskiej, ale nie tylko rosyjskiej. Poza mną i kilkoma wędkarzami, tak jakby nikt nie wiedział o istnieniu tego wyjątkowego miejsca na obrzeżach miasta. Dalej były już tylko pola i droga do Lublina, na łące na obrzeżach parku pasły się konie i krowy.

Taki stan trwał bodaj do roku 1999, później do pałacu wprowadziła się Wyższa Szkoła Administracji Publicznej. Z prawego skrzydła pałacu - popadającego w ruinę - zniknęli jego starzy mieszkańcy. Jeden z nich podczas rozmowy- nie pamiętam już przez kogo nawiązanej - zapytał mnie używając trzeciej osoby liczby pojedynczej "Czy wie kim był Erich Koch". Traf chciał, że wiedziałem. W czasie II wojny światowej, mniej więcej od 1941 r. pałac Lubomirskich stał się siedzibą Ericha Kocha - szefa administracji Bezirk Bialystok . Nigdy później tego człowieka nie spotkałem, a ludzi tak chętnie i otwarcie rozmawiających z nieznajomymi nie zdarzało mi się i nadal nie zdarza spotykać często.

W tym też parku pewien Cygan poprosił mnie o papierosa, którego akurat nie miałem, a mimo to nawiązał ze mną rozmowę; i nie po raz pierwszy w życiu miałem wrażenie, że spotykam człowieka, który przeniknął mnie całego na wskroś (wcześniej podobne poczucie miałem podczas rozmowy z Cyganką - harcerką w moich latach szczenięcych). Co do jednej rzeczy ów Cygan się mylił, choć może i nie, bo nie określił żadnego limitu czasowego dla jej spełnienia się.

Niestety Park w Dojlidach wraz z powstaniem Wyższej Szkoły Administracji Publicznej stracił wiele ze swego dawnego uroku, uroku dzikiego i opuszczonego XIX - wiecznego parku, umknęła jego dawna atmosfera miejsca niezwykłego, kojącego i i kontemplacyjnego. Tłumy studentów, idealny porządek ustalany niczym od ekierki nie sprzyjają już wyciszeniu, sennej i nieco leniwej lekturze z powracaniem po kilka, a może nawet kilkanaście razy do tych samych zdań, fragmentów, a mimo to nadal jest jednym z moich ulubionych miejsc w Białymstoku.




Pamiętajcie o ogrodach

Pachnące miodem i ziołami, mieniące się dziesiątkami odcieni bujnej, soczystej zieleni, wielobarwne kobierce kwiatów, raj niemal w centrum miasta, płuca 300 - tysięcznego miasta. Działki między osiedlem Piasta a Pieczurkami. Ich posiadacze wciąż nie są pewni czy inwestor czyniący zakusy na ich ogrody nie użyje argumentów, które pozwolą mu przekonać miasto o konieczności ich wywłaszczenia.

Jestem jak najbardziej za rozwojem miast, ale jak najmniejszym kosztem społecznym, tj. w tym przypadku bez konieczności krzywdzenia nie tylko działkowiczów, ale także mieszkańców miasta, z których wielu być może nie zdaje sobie sprawy ze skarbu, jaki nadarzył im się pod bokiem. Jakby patetycznie to nie brzmiało władze publiczne mają obowiązek działać zgodnie z interesem publicznym, a nie interesem swoim i inwestora. To jedna z podstawowych zasad demokratycznego państwa prawa, a że Rzeczpospolita Polska nim nie jest i wciąż długo nie będzie, czarno widzę przyszłość tych ogrodów. Ich likwidacja będzie oznaczała prymat interesów inwestora i urzędników, być może powiązań, układów biznesowo - politycznych nad dobrem mieszkańców miasta. Zwłaszcza, że w miejscu tym nie powstanie żaden obiekt użyteczności publicznej, lecz kolejne bezstylowe, szpetne bloki, które można wybudować w każdym innym miejscu, nie wszyscy muszą mieszkać blisko centrum.






Skrybicze

Złakniony słońca, wiosennego ciepła, soczystej i bujnej zieleni w dziesiątkach odcieni, po tygodniu deszczów i chłodów iście październikowych, wyruszyłem dziś na krótką wycieczkę, której plon prezentuję poniżej. Zdjęcia wykonałem w okolicach Skrybicz, niegdyś wsi zamieszkałej przez skrybów z zabłudowskiego dworu Chodkiewiczów.






Droga z Łubnik do majątku Bogdaniec.

czwartek, 22 maja 2008

Santo subito!

Jeszcze tylko 10 minut do 17.00, a tu jeszcze trzeba elegancką koszulę założyć, odszukać marynarkę, czarne dżinsowe spodnie, pantofle. Starzeję się najwyraźniej, jeszcze rok temu na przesłuchania chórów w ramach Festiwalu Muzyki Cerkiewnej w filharmonii białostockiej drałowałem w jasnych dżinsach, adidasach i zwykłym tiszercie, nic w tym złego to w końcu tylko przesłuchania konkursowe, wstęp darmowy, a nie koncert galowy. Ale minął rok, i uznałem, że to już najwyższa pora wbić się w marynarkę i w pantofle, garniturową koszulę, tylko dżinsy zachowam, jak dawniej.

Tak czy owak czasu coraz mniej na rozważania, i tak się spóźnię, ale może chociaż zdążę na drugi chór - Zespół Cerkwi p.w. Wniebowstąpienia z USA. A tu jeszcze w TVN24 reportaż z Watykanu, grupka młodych Polaków na placu św. Piotra z transparentem "Jan Paweł II - santo subito!", i podekscytowany reporter, wszyscy chcą, by papież był święty natychmiast. Prawdę mówiąc śmieszy mnie ta cała histeria, ten szum i te śmieszne żądania. Na swój sposób jestem wierzący, wierzę w świętych obcowanie, wierzę w to, że Jan Paweł II już jest świętym, a formalna pieczęć - choć dostrzegam jej wagę i znaczenie - nie interesuje mnie w najmniejszym stopniu. Nie interesuje mnie to czy Karol Wojtyła zostanie świętym za rok, za dwa lata czy za lat dwadzieścia, czy nawet nie nastąpi to za mego życia. Sprowadzanie świętości do poziomu przedszkola, rozbisurmanionych dzieci, które wrzeszczą: "Ja chcę teraz! Już! Natychmiast! Dajcie mi to czego chcę!" wydaje mi sie nie mieć nic wspólnego z chrześcijańską cnotą cierpliwości, za to przypomina tak popularną współcześnie narcystyczną postawę "chcącego Ja". Pal licho ten reportaż, egzaltacja reportera jest z pewnością udawana, trzeba było zarobić jakiś ckliwy, sentymentalny program na Boże Ciało, no to jest, jest jak być powinno - łzawo, wzruszająco, wspomnieniowo. Szkoda na to czasu, a ja już i tak jestem spóźniony, jeszcze tylko klucze. 17.10. Żeby tylko zdążyć na 17.30. Szybki spacer przez park, po drodze jeszcze przypadkowe spotkanie z koleżanką, która wybrała się na spacer z uroczą córeczką, urocza koleżanka, to i urocze dziecko, krótka rozmowa, nie nie pójdzie na koncert, bo idą na plac zabaw, a później wracają do domu. Mąż, który ją zostawił, musi być kompletnym idiotą.

Już jestem pod filharmonią, kolega D. sie także spóźnił, nie jestem sam, ufff, co za ulga. Kriss pewnie siedzi już z Martinem i dziewczynami w pierwszym rzędzie, oni się nigdy nie spóźniają. A my nie wejdziemy, portier o powierzchowności i manierach peerelowskiego zrzędy burczy, ze wpuści nas po drugim chórze. OK, zaczekamy, to zupełnie zrozumiałe. Za drzwiami rozlegają się oklaski, można wchodzić, sala pęka w szwach, nie sądziłem, że będą takie tłumy; w ubiegłym roku takich nie było. Nie lubię tłumów, nie potrafię się wówczas wyłączyć, oddać medytacji i kontemplować nieziemsko pięknej muzyki. Jest duszno, ciasno, nie pozwolę się dziś unieść anielskim śpiewom. Nigdy nie zapomnę, jak w ubiegłym roku podczas występu jednego z chórów poczułem się tak, jakbym się wznosił ku górze, wystarczyło przymknąć oczy, by zniknęły ściany filharmonii, sufit, by poczuć dotyk nieba. Może to poczucie powtórzy się jutro, dziś już raczej nie. Jedynie mieszany chór z Łotwy wyrywa mnie ze stanu niemożności, głosy śpiewających stają się coraz mocniejsze, narastają stopniowo, by wreszcie rozbrzmieć jak potężny dzwon. Po Łotyszach decydujemy się z D. wyjść i wrócić jutro - jutro jest drugi dzień przesłuchań konkursowych w ramach XXVII Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Cerkiewnej “Hajnówka 2008″ w Białymstoku.

niedziela, 18 maja 2008

Studenckie obyczaje

Nie wiem czy to nie świadczy przypadkiem o mojej zrzędliwości, bo choć czuję się nadzwyczaj młodo, właściwie nie tylko się czuję, ale jestem rzeczywiście wciąż młody, to jednak postanowiłem napisać o pewnych zachowaniach wśród obecnych studentów, które mnie zwyczajnie oburzają. Po obejrzeniu wczoraj w TV zdjęć z juwenaliów wrocławskich, przypomniałem sobie o nie tak dawnych juwenaliach białostockich i pewnym artykule opublikowanym swego czasu w "Obywatelu" autorstwa profesora, którego imienia i nazwiska nie przypomnę sobie teraz. Otóż ów profesor pisał w rzeczonym artykule o tym, jak to niekiedy trudno jest obecnie odróżnić studenta od zwykłego żula, i pod względem języka, jakim i jeden i drugi się posługują, i pod względem zachowania. I trudno się z tą tezą nie zgodzić. Nie tak dawno trafiłem na koncert czterech narodów zorganizowany w ramach białostockich juwenaliów. Występowały na nim zespoły z Białorusi - N.R.M., Ukrainy - Flit, Polski - Bracia, i Litwy - Żalvarinis. I najwyraźniej zdecydowana większość publiczności przyszła na występ zespołu białoruskiego. Muzycy mieli jednak trudności z przekroczeniem granicy, więc przed nimi wystąpił polski zespół - Bracia. Sam stałem pod sceną zmarznięty, w błocie, w strugach deszczu, nie mogąc się doczekać występu N.R.M. Pojawiła się jednak grupka studentów - ubrania i całkiem inteligentne wyrazy twarzy zdradzały studentów - którzy nie zważając na to, że Białorusini jeszcze nie dojechali, zaczęli wykrzykiwać wielokrotnie w stronę Braci - "wypierdalać!". Wiem, że takie okrzyki niegdyś na koncertach w Jarocinie to był chleb powszedni, mimo to szalenie mnie to zbulwersowało. Choć studia ukończyłem w 2000 r. i w czasach licealnych i studenckich zdarzało mi się dużo częściej bywać na wszelakich koncertach niż obecnie, to jednak ani mnie, ani moim kumplom nie przyszłoby do głowy, by do jakiegokolwiek zespołu wykrzykiwać "wypierdalać", nawet jeśli był to zespół, co do którego mieliśmy tylko jedno życzenie - aby jak najprędzej zszedł ze sceny.

Rozmyślając o tych współczesnych obyczajach studenckich przypomniałem sobie także - choć było to już ponad 10 lat temu - jak znalazłem się któregoś razu na wykładzie profesor Marii Szyszkowskiej ze studentami niższego roku. I muszę przyznać, że wcale nie dziwiły mnie słowa wypowiedziane później przez panią profesor w obecności moich znajomych, że Białystok to dla niej kula u nogi. Pewnie nie tylko ten wykład o tym zadecydował, ale na moim roku takie zachowania byłyby nie do pomyślenia, choć byliśmy tylko o rok wyżej. Szum, rozmowy, zero zainteresowania treścią wykładu, ktoś popijał piwo, jakaś dziewczyna za nami podczas rozmowy ze swoją kumpelą wyznała jej, że straciła szacunek do samej siebie, jacyś panowie obok nas analizowali słowa pewnej modelki, która wedle nich miała zatracić hierarchię wartości. Momentami miałem trudności z usłyszeniem głosu profesor Szyszkowskiej.

I choć było to około 10 lat temu, to jednak wiadomości które docierają do mnie o obecnych studentach wskazują na to, że teraz jest jeszcze dużo gorzej. Nie twierdzę, że sam byłem święty, alkohol popijaliśmy nie tak wcale rzadko - najlepszym miejscem do alkoholizacji były stawy przy Mickiewicza, gdzie obecnie wznosi się galeria Biała - woda, bujna, soczysta zieleń, rozległe, ciągnące się niemal do rzeki stare opuszczone ogrody, słowem żyć nie umierać. I trawkę zdarzało mi się popalać - nie widzę w tym nic złego, wziąwszy pod uwagę, że czynił to także obecnie nam jaśnie panujący premier Rzeczypospolitej Polskiej - Donald Tusk. Były jednak granice, do których przekroczenia nigdy bym się z moimi kumplami nie posunął. Bycie studentem do czegoś jednak zobowiązywało, niosło ze sobą jakiś etos. Teraz najwyraźniej, cytując klasyka "hulaj dusza, piekła nie ma". Apelowałbym jednak mimo to do studentów - dalej cytując klasyka - "by nie kroczyli tą drogą!"

czwartek, 15 maja 2008

Rodzinna historia o polsko - żydowskich relacjach

Są takie wydarzenia, opowieści, które zapisują się w świadomości człowieka i kształtują jego postawy już na całe życie. Do dziś pamiętam historię opowiedzianą mi przez mamę dobrych kilkanaście lat temu. Dotyczyła ona jeszcze czasów przedwojennych, a choć mama urodziła się w czasie wojny, znała ją od swojej mamy. Rzecz działa się bodaj w roku 1938 czy 1939 w Warszawie, bo choć cała rodzina ze strony mamy wywodziła się z okolic Postaw i Głębokiego, to dziadek postanowił kupić dom w Warszawie. Dziadek, tj. tata mojej mamy był sprawnym gospodarzem, miał ogromny sad, z którego owoce wysyłał nawet do stolicy. To mieszkanie w warszawskiej kamienicy dziadkowie nabyli być może z myślą o swoich dzieciach, wnukach, prawnukach; zastanawia też dlaczego wybór nie padł na Wilno? Ale dziś już odpowiedzi na te pytania niestety nie poznamy. Zdarzało się czasem, że babcia pomieszkiwała w tym warszawskim mieszkaniu razem ze swoim synkiem, przyszłym bratem mojej nienarodzonej jeszcze mamy.

Któregoś razu podczas jednego z takich pobytów do drzwi mieszkania w warszawskiej kamienicy ktoś zastukał. Babcia byłą święcie przekonana, że to pewna uboga sąsiadka, która choć przychodziło jej to z trudem, to jednak czasem zdobywała się na odwagę i prosiła o pożyczenie zapałek. Tym razem jednak była to inna sąsiadka, mieszkająca w kamienicy Żydówka. Nie wiem czy w owej kamienicy mieszkało kilka czy tylko jedna rodzina żydowska, ale z opowieści należałoby wyciągnąć wniosek, że większość stanowiły jednak rodziny polskie.

Żydówka stała w drzwiach zapłakana, była kobietą cichą, nieśmiałą, lękliwą i bardzo poczciwą, babcia ją szalenie lubiła i szanowała. Owa kobieta, której imienia nie poznam już pewnie nigdy, która z dużym prawdopodobieństwem podzieliła los większości swoich rodaków w czasie wojny, choć miejmy nadzieję, że może jednak jacyś dobrzy Polacy pomogli jej przeżyć ten czas pogardy; przyszła do babci, by prosić ją o zwrócenie uwagi swemu synkowi, by ten razem ze swoimi kolegami nie dokuczał i nie bił jej synka (na imię miał chyba Szymek). Babci zrobiło się ogromnie wstyd i przykro, żal jej było tej dobrej kobiety i jej kilkuletniego synka, który próbował dołączyć się do zabaw swoich polskich kolegów, ale ci najwyraźniej nie mieli ochoty na przyjmowanie go do swojej paczki.

- Pani Szpakowa, niech pani porozmawia ze swoim synkiem, by nie bił mego Szymusia. - takie mniej więcej słowa miała wypowiedzieć zapłakana matka.

Babcia była nie tylko zasmucona i zawstydzona, ale także zła na swego pierworodnego, w rodzinie nie było żadnych antysemickich tradycji, żadnych antysemickich wybryków. W Adamowcach, w których po wyjściu za mąż mieszkała babcia ludzie byli przyzwyczajeni do tego, że w nieodległej wiosce mieszkali Tatarzy, gdzieś troszkę dalej Litwini, tuż za miedzą Łotysze, nieco bliżej prawosławni, a więc pewnie Białorusini, w miasteczkach spotykało się Żydów. Nie było czasu i nie było miejsca na pogardę wobec osób innej narodowości, innej religii, innego języka. Tak więc, choć babcia była osobą o łagodnym usposobieniu i raczej skłonną do wybaczania, to tego wydarzenia nie mogła ot tak po prostu puścić w niepamięć. Jej synek, choć wówczas jeszcze jedynak, oczko w głowie mamusi, 6 może 7 - letni smyk dostał tęgie lanie, gdy wrócił do domu, a historia ta jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, jako ważna bądź co bądź nauka.

Mama opowiedziała mi ją po raz pierwszy, gdy byłem jeszcze uczniem szkoły podstawowej, nie pamiętam ile mogłem mieć lat, i w której mogłem być klasie. Pamiętam natomiast, że gdy mama mi ją opowiadała żywo sobie wyobrażałem wszystkie obrazy z tej opowieści. Widziałem kilkukondygnacyjną kamienicę z podwórkiem studnią, biegające po podwórku i wydzierające się wniebogłosy dzieciaki, grupkę urwisów, która przypiera do ściany zapłakanego Szymka i małymi piąstkami okłada go po brzuchu i po głowie, a później z wilgotnymi zlęknionymi oczami Żydówkę, która z wielkim trudem przemogła strach, ból i wstyd i przyszła prosić babcię o pomoc.

Można powiedzieć łzawa, sentymentalna historia, ale to właśnie przede wszystkim ona dużo bardziej niż przeczytane później książki, artykuły, obejrzane filmy, wysłuchane audycje ukształtowała moje postrzeganie świata. I szalenie się cieszę, że miałem taką babcię.

czwartek, 1 maja 2008

1 maja

Z czym mi sie kojarzy 1 maja? Z przymusem, rodzice zabrali mnie ze sobą kilka razy na pochód majowy. Zanim to jednak uczynili skwapliwie tłumaczyli swemu dziecku, że iść tam nie chcą, ale by nie mieć problemów w pracy, albo by w skrajnym przypadku tej pracy nie stracić, zjawić się na owym święcie muszą. Dziś po latach wspominali, jak to nikt nie chciał nieść transparentów, i że zawsze ta rola przypadała pracownikom fizycznym, którzy chcąc nie chcąc godzili się na ten wątpliwy zaszczyt.

Mnie z kolei pochody kojarzą się tylko i wyłącznie z kiermaszem książek na plantach niedaleko filharmonii białostockiej. To było prawdziwe królestwo książek i warto było się poświęcać, by przespacerować się w tłumie ludzi od mniej więcej Domu Partii (obecnie Wydział Humanistyczny Uniwersytetu w Białymstoku) poprzez ulicę Skłodowskiej do filharmonii, by następnie oddać się nieziemskiej przyjemności wybierania książek, które mama zawsze chętnie mi kupowała. Nie pamiętam już niestety czy były to tytuły, których na co dzień brakowało w księgarniach czy ich ceny były wówczas znacznie niższe, wielce możliwe, że jedno i drugie. Wszak władze, by zachęcić ludzi do uczestnictwa w pochodach chwytały się wszelkich możliwych sposobów, by tylko zwiększyć frekwencję. A z tego, by wynikało, że czytelnictwo musiało być w tym czasie dużo wyższe niż obecnie. Nie wyobrażam sobie, by dziś można było skłonić kogokolwiek do wzięcia udziału w jakiejś masowej uroczystości organizując w jej trakcie lub na jej zakończenie kiermasz książek.

Podobno po pochodach można było nawet kupić kiełbasę i inne wyroby mięsne, których na co dzień brakowało. Mnie jednak najbardziej interesowały książki. Do dziś pamiętam jedną z nich kupioną na takim właśnie kiermaszu. Nosiła tytuł "Jaszczurkowcy", imienia i nazwiska autora niestety w tej chwili sobie nie przypomnę, ale pamiętam, że była jedną z moich ulubionych książek. Pewnie ze względu na to, że główny bohater - bodaj rycerz z Pomorza - zakochał się w Rusince z grodu Bielsk Podlaski (miasteczko niedaleko Białegostoku), a w związku z tym spora część książkowej akcji rozgrywała się w tym właśnie grodzie. Jak przez mgłę przypominają mi się opisy drewnianego grodziska i drewnianej zabudowy bodaj XV-wiecznego miasteczka, opisy spotkań zakochanej pary po długich rozstaniach. Strasznie lubiłem beletrystyczne książki historyczne, które bardziej przypominały literaturę przygodową niż historyczną, ot takie czytadła dla dzieciaków interesujących się historią.

Aż mnie korci, żeby po latach sięgnąć po jedną z ulubionych książek mego dzieciństwa!

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...