Pokazywanie postów oznaczonych etykietą monastyr w Supraślu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą monastyr w Supraślu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 września 2010

Monastyr w Supraślu, święte sosny i koncert dzwonów

Są takie miejsca, w których nie sposób uwierzyć zapewnieniom speców od szkiełka i oka, że Boga nie ma. Na samym Podlasiu jest ich kilkaset, nawet nie podejmę się ich wymienienia przykładowego, a co dopiero mówić o wyliczaniu pełnym. Supraśl jest niewątpliwie jednym z nich. Od czasu, gdy uzyskał status uzdrowiska i kiedy stał się bohaterem "kina agroturystycznego", zrobiło się w nim gwarniej, porządniej, kolorowiej; ulice, skwery, chodniki, poszerzono, wytyczono niemal od ekierki. Próżno spokoju szukać w centrum miasteczka. Mijamy dawny zbór protestancki, tuż za nim po tej samej stronie kościół katolicki, jeszcze dalej pałac Zacherta i Bucholza. Na skraju miasteczka, gdzie zabudowa płynnie zlewa się z Puszczą Knyszyńską, stoi tak zwany czerwony krzyż - wedle tradycji w tym miejscu Kozacy mieli - dosłownie - zarąbać, zaszlachtować szablami powstańca styczniowego. Niedaleko, w stronę Cieliczanki, nieco na zachód powstańcy urządzili punkt zbrony, w pobliżu Zielonej. Przy drodze do Krasnego Lasu jeszcze do niedawna stała - stała, bo już nie rosła, była cała zeschnięta, i wyglądała jak koścista wiedźma - święta sosna. Święte sosny w Puszczy Knyszyńskiej to rzecz normalna i powszechna, rosną albo stoją sobie spokojnie po kilkaset lat, aż do czasu, kiedy nie upadną, kiedy nie przewróci ich bezlitosna wichura, górują nad dużo młodszymi drzewami, lasami, i nikt z miejscowych nie odważy się na nie podnieść ręki, choć byli też tacy, którzy próbowali. Ludzie opowiadają historię, że na jedną z takich świętych sosen, tuż po drugiej wojnie, chciała się pokusić nowa władza. Przyjechali jacyś rozbawieni, niczego nie świadomi młodzi ludzie z siekierami, ale świętą sosnę miały wówczas otoczyć pasące się nieopodal krowy. Zwierzęta otoczyły i broniły dostępu do drzewa, a któryś z niedoszłych oprawców miał nawet stwierdzić, że bydlęta patrzą na nich tak, jak ludzie. Odjechali, a drzewo dalej rośnie. Na każdej świętej sośnie widnieje skromna kapliczka bądź drewniany krzyż z Jezusem. W czasach powstania styczniowego owe sosny służyły powstańcom, jako skrzynki kontaktowe, można w nich było ukryć ważne informacje zapisane na skrawkach papieru, a że sosny rosły z dala od siedzib ludzkich, to i szpiegów nie trzeba było się obawiać.

Gdy Supraśl jeszcze nie był uzdrowiskiem, gdy nie był bohaterem "U Pana Boga w ogródku", "U pana Boga za piecem", gdy na ulicach i chodnikach nie było polbruku, a bruk był kocimi łbami, nie zaś imitacją bruku, nie istniały jeszcze bulwary nad rzeką, a miejscowi nie mogąc liczyć na pomoc państwa, samodzielnie musieli się rozparawiać z tutejszymi bandziorami, wyprawa do Supraśla, była wyprawą do innego świata. 15 km na północny wschód od Białegostoku, droga przez ciemną starą puszczę smukłych, sięgających nieba świerków i sosen, przez Krasne ze starym młynem, a na wschód Jezioro Komosa. Teraz nie ma dnia, by przy monastyrze nie parkował autokar na warszawskich, krawkoskich, poznańskich czy innych numerach. Ruszają w ruch aparaty, rozpoczyna się polowanie na brodatych mnichów o łagodnych spojrzeniach, ze związanymi długimi, bujnymi włosami, w czarnych riasach, starających się przemknąć niepostrzeżenie z budynków klasztronych do cerkwi. Robi się gwarnie, kolorowo, choć nie zawsze miło i spokojnie. Nie zapomnę sceny, gdy na modłę peerelowską pseudointeligneckie starsze małżeństwo - wbrew zakazowi - weszło na teren klasztoru z psem. Starsza pani za wszelką cenę chciała się spotkać z ojcem Gabrielem, który leczy ziołami, jej wnuczka zaś upierała się, że z psem powinna zostać poza murami, przed bramą, jednak dziadkowie twardo postawili na swoim. Biedna dziewczynka została sama ze zwierzęciem na smyczy. Gdy tylko dziadek z babcią, zniknęli za drzwiami prowadzącymi do celi ojca Gabriela, zwierzę zaczęło skamleć, szczekać, wyrywać się, aż w końcu jedna z kobiet zmierzających do cerkwi, podeszła do Bogu ducha winnej dziewczynki, zwróciła jej grzecznie uwagę, że na teren monastyru zwierząt wprowadzać nie należy, ale cóż, dziewczynka o tym dobrze wiedziała, usłuchała jedynie polecenia dziadków. Spuściła głowę, wbiła wzrok w ziemię, nie wiedząc, co ma robić dalej, czy czekać, czy wyjść przed bramę. W tym momencie otworzyły się drzwi, ojca Gabriela najwyraźniej nie było, widząc zmieszanie wnuczki babcia zapytała, co się stało, a gdy wysłuchała krótkiej relacji, na jej i dziadka twarzy odmalowała się wściekłość:

- A to chamstwo, bezczelność! Co to jej klasztor?!

Na ocenę, szkoda słów.

Przy klasztorze otwarto kilka lat temu muzeum ikon, jedno z najbardziej interesujących muzeów, jakie zdarzyło mi się w życiu odwiedzić. Nowoczesne, choć rozmieszczone w XVII-wiecznym barokowym Pałacu Archimandryty. Wewnątrz w większości pomieszczeń panuje półmrok, podświetlone są przede wszystkim ikony, a zwiedzającym towarzyszą płynące z ukrytych głośników cerkiewne śpiewy. W pierwszej sali zaaranżowanej tak, by przypominała katakumby, na ścinach widnieją symbole pierwszych chrześcijan - ryby, paw i malowidła imitujące otwory i półki w katakumbach. Dalej są juz sale z ikonami, większość z nich pochodzi z przemytu, zostały przejete przez polskich celników i Straż Graniczną na przejściu granicznym w Terespolu. Ikona podróżna - niewielkich rozmiarów, tak, by można ją było ukryć w kieszeni albo w torbie podróżnej, oprawiona z reguły w srebrne ramki, zabierali ją ze soba w podróż pielgrzymi. Na piętrze zaaranżowana cela mnicha piszącego ikony - przez otwarte okienko w drewnianych drzwiach, można przyjrzeć się bardzo realistycznemu woskowemu mnichowi, pochylonemu nad deską, która ma stać się ikoną. Gdzieś dalej, w rogu widnieje otwarte okno podlaskiej drewnianej chaty, a za firankami na ścianie wisi ikona. Po zejściu na dół, na ścinach umieszczono orygnialnych romziarów rekonstrukcje fresków wykonanych w monastyrze supraskim w XVI w. przez przybysza z odległej Serbii - mnicha Nektariusza, są źródła, które nazywają go także Nektarijem. Oryginalne freski leżą natomiast rozbite na drobne kawałki pod szkłem w zagłębieniach w podłodze. W 1944 wycofujące się oddziały niemieckie wysadziły w powietrze jedną największych i najbardziej okazałych na ziemiach dawnego Wielkiego Ksieśtwa Litewskiego obronnych cerkwi gotyckich. Jeszcze w połowie lat 80-tych z ziemi sterczały kamienne ruiny, zachowały się tylko barokowe budynki klasztorne i dzwonnica.

Mnisi prawosławni trafili do Supraśla na początku XVI w., przywędrowali tu z nieodległego Gródka - położonego około 30 km na południowy wschód od Supraśla. Gródek był wówczas rodową siedzibą rodu Chodkiewiczów, dziś po tej siedzibie pozostała tylko nazwa - ulica Zamkowa, a w miejscu, gdzie stał drewniany zamek archeolodzy od czasu do czasu prowadzą badania, jeśli uda im się zebrać odpowiednie fundusze.

Alekander Chodkiewicz sprowadził około 1490 r. do Gródka mnichów prawosławnych - i tu istnieją dwie wersje - albo z Góry Atos, albo z Kijowa. Mnichom jednak najwyraźniej w Gródku nie odpowiadało, to było w końcu jak na ówczesne warunki niemałe przecież miasto; musiały się w nim odbywać targi, ciągnęły pewnie do oddziały zbrojne, kupcy, a do tego jeszcze karczmy, dziewki, no i w mieście, jak to w mieście, zgiełk, hałas, różnorodność, wszystko, co mnicha jedynie rozparasza i na medytacji i modlitwie skupić się nie daje. Puścili więc krzyż po rzece Sprząślą wówczas zwanej (obecnie Supraśl) i osiedli tam, gdzie puszczony krzyż miał się zatrzymać, a więc na uroczysku Suchy Hród. Wszystko wskazuje jednak na to, że w miejscu, w którym obecnie znajduje się cerkiew i klasztor, wcześniej istniał święty gaj pogański. Pojawiają się nawet wersje mówiące o tym, że ukryli się tu trzebieni przez Krzyżakow Jaćwingowie. Na wpływy bałtyjskie w tych okolicach mogłyby wskazywać nazwy kilku wsi - Sokołda, Podsokołda, Trejgle. Bez wątpienia faktem jest, że na ziemiach tych krzyżowały się drogi Bałtów i Słowian.

Z początku mnisi wznieśli drewnianą cerkiew, która z czasem została zamieniona przez okazałą, zbudowaną z kamienia i czerwonej cegły gotycką cerkiew obronną. W XVII w. klasztor i cerkiew przeszły we władanie unitów. Działała wówczas w jego murach drukarnia, wydająca książki w języku polskim, ruskim i po łacinie. Monastyr powrócił do wyznawców prawosławia w 1824 r. a więc jeszcze przed kasacją Unii Brzeskiej w 1839 r. W okresie międzywojnia należał do kościoła katolickiego, we władanie objęli go salezjanie, tworząc w budynkach klasztronych Zakład Wychowawczy. W latach 1939 - 1941 klasztor i cerkiew podzieliły los większości obiektów sakralnych na ziemaich wschodnich, zostały zdewastowane przez Armię Czerwoną. Natomiast w roku 1996 monastyr został zwrócony wyznawcom prawosławia.

Oprócz Muzeum Ikon, warto między godziną 17.30 a 18.00 wysłuchać koncertu dzwonów wygrywanego ludzką ręką, a nie uruchamianych elektronicznie. Jako pierwszy odzywa się o godzinie 17.30 dzwon z wieży kościoła katolickiego, po chwili odpowiada mu dzwon z dzwonnicy monastyru, tak jakby prowadziły w sobie tylko zrozumiałym języku rozmowę, której czasem prowadzić nie potrafią wyznawcy obu tych wyznań, choć obiktywnie trzeba przyznać, że te relacje są coraz lepsze. A później, tuż przed godziną 18 odzywa się jednocześnie kilkanaście dzwonów z wieży klasztornej, wydając z siebie całą gamę istniejących dźwięków, w sposób harmonijny, uporządkowany, a można odnieść wrażenie, że gra ich jednocześnie kilkaset. Od tych niebiańskich melodii głos więźnie w gardle, serce zaczyna bić szybciej i mocniej, a niektórzy nawet twierdzą, że łzy im mimowolnie od oczu płyną.








































niedziela, 6 czerwca 2010

Supraśl 2010 - Uroczysko, monastyr i koncert dzwonów

Sezon wycieczek rowerowych zainaugurowany! Słoneczna, upalna sobota, Supraśl z "Uroczyskiem" w tle, tłumy ludzi, autokary, dopiero co oddane do użytku bulwary nad rzeką, stragany, ogródki piwne, scena, na której tego dnia miały występować zespoły dziecięce i młodzieżowe z Supraśla, plus jeszcze jakiś zespół z Litwy, ale to dopiero wieczorem. Tak jak i widowisko o krzyżu. Wedle legendy bowiem, mnisi prawosławni sprowadzeni do Gródka przez hetmana Aleksandra Chodkiewicza, mieli puscić na rzece Sprząśli, teraz Supraślą, a potocznie Supraślanką zwanej, krzyż drewniany i iść do miejsca, które ten im wskaże. Krzyż zatrzymał się przy uroczysku Suchy Hród, gdzie około 1501 r. wznieśli pierwszą drewnianą cerkiew, a po kilku latach przystąpili do budowania murowanej. Sokrat Janowicz natomiast w jednej ze swoich książek twierdzi, iż klasztor powstał w miejscu kultu pogańskiego Jaćwingów, słowem na miejscu świętego gaju. To między innymi w obecnej Puszczy Knyszyńskiej mieli się chronić przed Krzyżakami ci waleczni Bałtowie.

Ciszy i spokoju szukam więc na ternie monasteru. Tu co prawda też potrafią docierać barbarzyńscy turyści, ale tłumów teraz akurat nie ma. Wejście do krypty pod cerkwią jest otwarte. Domyślam się, że to właśnie tu pochowano biskupa Mirona Chodakowskiego - prawosławnego ordynariusza Wojska Polskiego, generała brygady, który zginął w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiej 10 kwietnia 2010 r. We wnętrzu krypty panuje chłód, palą się świece, i skromnie z lewej strony umiejscowiony został czarny sarkofag. Chwila modlitwy i wychodzę na zewnątrz, by kontemplować urodę miejsca na ławce w słońcu. Zbliża się godzina 18.00, o 17.30 zaczyna bić dzwon, miarowo, jednostajnie, a gdy kończy odzywa się dzwon z nieodległego kościoła katolickiego, tak jakby prowadziły ze sobą rozmowę na koniec dnia. Gdy ten milknie, na dzwonnicę wchodzi dwóćh młodych ludzi, zakładają ochraniające słuchawki i rozpoczyna się jeden z najpiękniejszych koncertów, jakie tylko można usłyszeć w plenerze. Gdy po raz pierwszy słuchałem owego koncertu dzwonów w ubiegłym roku, łzy mimowolnie napływały mi do oczu, a przez całe moje ciało przechodziły dreszcze. Ta polifonia dzwonów i dzwonków brzmiacych tak, jakby było ich tam około stu co najmniej, małych i dużych, wydających dzwięki niskie i wysokie, w zgodnym chórze i harmonii śpiewających na chwałę Bożą, nie wzruszać po prostu nie może. Ów koncert trwa około kilkunastu minut, nikogo nie pozostawiając obojętnym. Odwiedząjący przystają pod dzwonnicą, zadzierają w zachwycie głowy do góry, a chłopaków na szczycie nagradzają nawet oklaskami. Przy takim koncercie, aż nie wypada siedzieć, wstaję z ławki i przeszywany dreszczami wpatruję się w wieżę na tle wyosko wiszącego jeszcze Słońca. Tuż przed 18.00 koncert ustaje. W cerkiewce rozpoczyna się nabożeństwo. Można znowu przysiąść na ławce, wydobyć z plecaka "Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym" i poczytać o cierpieniu, krzyżu i kryzysie. Jeszcze mignie mi przed oczami rudowłosy zakonnik z takąż brodą, w czarnej riasie, który widząc mnie uśmiecha się i odpowiada życzliwie na pozdrowienie.

A tymczasem dochodzi 19.00, czas się zbierać, i tak wrócę tu znów niedługo, to przecież ledwie 45 minut jazdy na rowerze spod domu w centrum Białegostoku.

niedziela, 5 kwietnia 2009

Sobotnia wyprawa do Supraśla

Pierwsza rowerowa wyprawa do Supraśla w tym roku. Intensywne słońce, kilkanaście stopni, wiatr smagający twarz przy każdym zjeździe z góry, a każda góra z widokiem na puszczę - na wschodzie, zachodzie i północy, póki co jeszcze tylko na horyzoncie, a przed nią wzgórza, jeszcze nie ożywione pola i łąki. Zwyczajna wyprawa rowerowa, w czasie której przy szaleńczo - kontrolowanym zjeździe z góry i chłoszczącym wietrze można poczuć zespolenie z całym widocznym światem, z otaczającą puszczą, przyjaźnie smagającym wiatrem, uschniętymi ubiegłorocznymi trawami. Moment, w którym można poczuć jedność z całym światem i prawdziwe z tego powodu szczęście.

Krótka rozmowa w sklepie w Ogrodniczkach z mężczyzną o trudnym do określenia wieku, zniszczonym alkoholem, z opuchniętą i czerwoną nie od słońca twarzą, który najmocniej jak tylko potrafi stara się być miły i uprzejmy. I niełatwe zdobywanie góry tuż za wioską. Na jej szczycie przypomina mi się widziana w lipcu ubiegłego roku, odpoczywająca na ławeczce przy rowerze zjawiskowo piękna dziewczyna, ubrana na czarno, o bujnych blond włosach i łagodnych rysach twarzy. Mignęła mi wówczas jak zjawa.

Zima całkowicie puszczy jeszcze nie opuściła. Z zalanych słońcem, rozgrzanych wzgórz wjechałem w strefę chłodu bijącego z głębi starego lasu, po lewej i prawej stronie dorodne sosny i świerki chronią wilgoć, a w przydrożnym rowie uchował się gdzieniegdzie śnieg. Jeszcze tylko kilka minut i Supraśl widoczny za wzgórzem. Drewniane domki z dwuspadowymi dachami, dzwonnica monastyru i odbudowana gotycka cerkiew na dawnym uroczysku, gdzie Jaćwingowie, Rusini lub Litwini, albo wszyscy razem oddawali cześć swoim bóstwom pewnie jeszcze w XV wieku. Po prawej smukłe wieże dawnej kirchy i kościoła katolickiego. Droga przecina dwa cmentarze - dawniej protestancki i wspólny prawosławny i katolicki, dalej wiedzie między stawami, po lewej katakumby mnichów, stara poczta z mansardowym dachem, skręt w lewo naprzeciw kościoła, po lewej i prawej kilka XIX - wiecznych domów tkaczy, snujący się na całej długości ulicy zapach kiszki ziemniaczanej z Baru Jarzębinka i coś na kształt ryneczku. Wyciągam z plecaka najnowszy tomik poezji Szubera “Wypisy z ksiąg wieczystych”. W czasie lektury nie złości mnie ospała mucha, która krążąc nade mną siada mi wreszcie prawie tuż pod brodą i spokojnie siedzi, wystawiając razem ze mną całą siebie do południowego słońca; o 16.50 razem słuchamy koncertu wygrywanego na monastyrskiej dzwonnicy. Taka też przecież może być rola poezji.

niedziela, 10 sierpnia 2008

Puszczańskie miody, Silvarium w Poczopku, i Supraśl na koniec


Jeden z wielu niemal dwumetrowych głazów w Silvarium w Poczopku.



Widok na ledwie część Silvarium w Poczopku w Nadleśnictwie Krynki.




Barć w Silvarium.




Budynek mieszczący muzeum Puszczy Knyszyńskiej w Silvarium w Poczopku.


Celtycki krąg w Silvarium w Poczopku.



Pan Bronek sprzeda nam miody, ale wyjątkowo, bo pasieka nie jest jego, ale kolega właściciel pasieki i miodów- pan Józek zaniemógł na czas dłuższy i ktoś musiał go zastąpić.

- To jest miód lipowo - gryczany, a tu malinowy, te obok to rzepakowe, a mam jeszcze wielokwiatowe. Na spadziowy jest jeszcze za wcześnie, a wrzosowy nie wiadomo czy w tym roku w ogóle będzie.

Prawdziwe królestwo miodów - złocisty malinowy, biały jak śnieg rzepakowy, bursztynowy lipowo - gryczany, i w tym też odcieniu wielokwiatowy. W drewnianym domku wokół krążą pszczoły, nie należy tylko wykonywać gwałtownych ruchów, a owady będą przyjazne i na pewno nie użądlą. Porozstawiane na podłodze kadzie, słoiki, beczki, plastikowe butle, siatki, jakieś elementy uli, a wszystko w pszczelim wosku i miodzie. Zapach pszczelarskiego warsztatu jest nieco kwaśny, zupełnie inny niż zapach gotowego do spożycia miodu, nalanego z butli do słoika.

- Jeśli wracacie z powrotem do Białegostoku, to moglibyście mnie podrzucić po piwo, ale najpierw pójdźcie do muzeum puszczańskiego. Miniecie staw, później ścieżką w prawo, a dalej w lewo. Tam będą już potężne kamienie, każdy opisany.

Coś o muzeum słyszeliśmy, ale nigdy nie zdarzyło nam się do niego trafić. Przy zjeździe z drogi do Krynek na Poczopek, widzieliśmy na parkingu sporo samochodów osobowych i jeden autokar. Tłumy niemal takie jak w Białowieży, no może nie takie, ale takich ilości ludzi Poczopek jeszcze nie widział.

Mijamy staw, zza zagajnika wynurzają się potężne głazy narzutowe, niektóre o wysokości ponad 2 metrów, rzeczywiście ogromne. Część z nich ustawiona w kamienny krąg. Czytamy na tablicy, a jakże - coś w rodzaju miejsca mocy - dłuższe przebywanie w środku kręgu poprawia nastrój, dodaje energii i wpływa pozytywnie na samopoczucie. Trochę nużą mnie te wszelkie miejsca mocy, ale cóż, bez takiego marketingu, nie sposób ściągnąć masowego turysty. Ktoś wpadł nawet na pomysł, by ów krąg nazwać "Celtyckim kręgiem". W tekście na tablicy zawarte są nawet odwołania do Stonehange, pozytywne i wielkoświatowe skojarzenia, więc zadziałać powinny. A przy okazji można przemycić sporą wiedzę o geologii - przy większości kamieni ustawione są tabliczki z opisem owych - granit, zlepieniec, itp.

W kamiennym kręgu już siedzi jakaś wycieczka - popijają "ducha puszczy" (nazwa puszczańskiego samogonu) - dwóch panów żartując rubasznie i ciężkawo chodzi z butelką i rozlewa do szklanek rozbawionym paniom puszczański specyfik. Tylko młode, sympatyczne, radosne dziewczyny chodzą od głazu do głazu i fotografują się, zupełnie nie zainteresowane pozostałą częścią grupy, która być może dufa, że duch puszczy i celtycki krąg uleczy ich ze wszystkich przypadłości.

Idziemy dalej w stronę ściany lasu, do budynku mieszczącego puszczańskie muzeum. Nieduży drewniany obiekt z dwuspadowym dachem na górce, estetyczny i jasny wita nas otwartymi na oścież drzwiami i elektroniczną tablicą z wymalowanymi na niej zwierzętami Puszczy Knyszyńskiej. Trzy guziki służące do jej obsługi sprawiają, że można sobie wybrać zwierzę - rysia, wilka, bąka, orlika krzykliwego, i wiele, wiele innych, by posłuchać jakie odgłosy wydają te stworzenia, a później głosu lektora opowiadającego o danym zwierzęciu. Na pierwszym poziomie muzeum poustawiane są wypchane zwierzęta - każde ma przyporządkowany numerek, a na tablicy można sprawdzić, cóż to za stwór. Na drugi poziom, wchodzimy po schodkach, by obejrzeć w gablotach puszczańskie owady, przekrój ula z najprawdziwszymi, żywymi pszczołami, całe szczęście za szkłem. Gnieżdżą się te sympatyczne owady na małej przestrzeni, jedna przy drugiej, szpilki nie sposób tu włożyć, a raczej pyłku. Schodki prowadzą jeszcze wyżej - na trzeci poziom, aż nie sposób uwierzyć, że z pozoru tak niewielki obiekt pomieścił w sobie tyle "pięter". Z tego najwyższego można popatrzeć na wypchane puszczańskie ptaki drapieżne, w tym robiącego ogromne wrażenie - potężnego i majestatycznego orła bielika.

Gdyby ktoś chciał chodzić od każdej roślinki do roślinki, od tablicy do tablicy, to nawet dnia mogłoby zabraknąć. Jest nawet spora tablica multimedialna - działająca na zasadzie programu komputerowego - z mapami, opisami szlaków - nazwanych tu "węrdownicami", szlakiem ekumenicznym. Jedyne co w niej razi, to dostosowanie treści (tekstów pisanych i czytanych przez lektora) do potrzeb masowego turysty - informacje są bardzo ogólne, ubrane w ładne, okrągłe słowa, zdania krótkie, poprawne, ale wiedzy głębszej w tym nie ma. Przy szlaku ekumenicznym - opis rzeźby "Żyda - wiecznego tułacza", "Dziewanny" (słowiańskiej bogini łowów i lasów, o ile dobrze pamiętam). Aż się prosi o informacje o różnorodności kulturowej regionu, jakąś notkę o historii, ale to już materiał za trudny i zbyt nudny, musi być prosto i "magicznie", "tajemniczo", stąd czart Kuwas, czarcie bagno, wszystko dostosowane do wyobraźni masowego turysty. Dobre i to, chętni sami znajdą informacje, jeśli miejsce ich zainspiruje do dalszych poszukiwań.

Niby w ekspresowym tempie, a bite dwie godziny zeszły. Trzeba wracać do Białegostoku. Pan Bronek zabiera się z nami, wysadzamy go w Talkowszczyźnie przy sklepie. Pan Bronek nie ma rodziny, mieszka na wzgórzu na skraju Puszczy, sam jak palec, w domku, który pamięta z pewnością czasy dwudziestolecia międzywojennego.

Sami robimy jeszcze krótki postój na polanie w Kopnej Górze. Ledwie zdążamy wyjść z samochodów, gdy podjeżdża do nas całkiem nowy jeep, z którego wysiada przyjaźnie wyglądający około 40 - letni mężczyzna, z przytroczoną do pasa kaburą, w panterkowym tiszercie i takich też spodniach. W samochodzie na miejscu pasażera siedzi młoda dziewczyna w mundurze leśnika.

- Dzień dobry, straż leśna. Czy to państwa samochody?
- Tak te dwa nasze, ten trzeci już nie.
- Proszę je przestawić na drugą stronę drogi, tu są stanowiska rośliny chronionej. Miłego odpoczynku. Do widzenia.

W Białymstoku jesteśmy już około 15, ale szkoda dnia, by siedzieć w murach. Telefon od kolegi:

- Jadę z dziewczyną do Supraśla, wybierzesz się z nami? Jesteśmy już w Jaroszówce, jak się postarasz to nas dogonisz, sam wiesz, jak jeździmy.

Bez chwili wahania wskakuję na rower. Na ścieżce rowerowej tłumy, dopiero teraz wychodzi, w jak nieprzemyślany sposób powstała - jest zwyczajnie za wąska, jadący z przeciwnych stron z trudem niekiedy się mijają.

Dojeżdżam do monasteru, a po Łukaszu i Uli, ani śladu. Pewnie są na rynku, tak więc ja w tym czasie obejrzę po raz enty klasztor, nie w tym rzecz nawet, by go obejrzeć, ale by chłonąć siłę i energię ze świętego miejsca. Podobno powstał na miejscu dawnego pogańskiego świętego gaju. Pisałem, że nużą mnie historie o miejscach mocy? Ale jak tu w nie nie wierzyć? Z moją religijnością ostatnimi czasy jest znowu na bakier, ale to z pewnością świętość - w chrześcijańskim rozumieniu - miejsca, a nie jakieś Dziewanny, Perkunasy, Światowidy, tak na mnie wpływa.

Jest też ciekawa wystawa, poświęcona księciu Konstantemu Bazylemu Ostrogskiemu. Na klasztornym murze wiszą duże plansze prezentujące zdjęcia z tegorocznych uroczystości na Białorusi upamiętniających czterechsetlecie śmierci księcia. Białorusini uznali go za swego bohatera narodowego, sprzeciwiał się Unii Brzeskiej, dbał o rozwój edukacji i oświatę poddanych w swoich posiadłościach, jego ojciec - Konstanty Iwanowicz Ostrogski rozgromił Moskwian w 1514 roku pod Orszą - to informacja dla tych, którzy by chcieli pytać, jaka jest różnica między Białorusinami a Rosjanami.

Z klasztornego refektarza wychodzi zakonnik. Pytam go o możliwość nabycia jakiejś książki o księciu będącym bohaterem wystawy.

- Niestety sklepik jest już zamknięty, ale za chwilę będzie nabożeństwo, jak przyjdzie chłopak, który w nim służy to przyjdę i powiem.

Ojciec podchodzi do mnie trzy razy i za każdym razem informuje, że ów chłopak jednak nie przyszedł. Po ewentualną książkę przyjadę innym razem. Całe szczęście mam w plecaku "Fomę" przywiezioną z Wilna, jedna z cenniejszych pamiątek. Siadam na ławce na dziedzińcu i zaczynam czytać, czy można wyobrazić sobie lepszą scenerię do czytania czasopisma poświęconego prawosławiu przeznaczonego dla osób poszukujących?

W międzyczasie pojawiają się Łukasz i Ula, odprawiam ich do Muzeum Ikony, którego nie widzieli, a sam zostaję na ławce, pilnuję rowerów, przyglądam się skrycie uroczym siostrom zakonnym i smakuję "Fomę". Brak nam w Polsce takiego katolickiego odpowiednika "Fomy", zarówno jeśli chodzi o treść, jak i formę, ale o tym innym razem.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...