W XVI w. miejscowe dobra zostały nadane przez Zygmunta Augusta rusko-litewskiemu rodowi Kurzenieckich, którzy w drugiej połowie XVI w. mieli tu ufundować pierwszy kościół. Wraz z lokacją miasta pojawili się w nim także pierwsi Żydzi, a pod koniec wieku XVII również Tatarzy otrzymujący wówczas od Jana III Sobieskiego liczne nadania na Podlasiu w zamian za zaległy żołd.
Miasta na Podlasiu w czasie panowania Zygmunta Augusta były nadawane jego wienrmy dworzanom, ludziom ze wszech miar wykształconym, oczytanym, najprawdziwszym humanistom epoki Renesansu, a ci modelowali je na odrodzeniową modłę, porządkowali układ nieruchomości, ulic wychodzących z rynku, a realizując renesansowy ideał życia w harmonii z naturą przy zabudowaniach mieszkalnych zakładali rozległe ogrody. I kto wie, jak te miasta wyglądałby dziś, gdyby nie wojny XVII, później XVIII w., okres zaborów, i wreszcie dwóch wojen światowych. Co prawda, układ urbanistycznych owych podlaskich miejscowości niewiele się zmienił od czasów Zygmunta Augusta, a wydaje się, że najlepiej się wciąż ma ideał życia w harmonii z naturą, ze względu na całkiem spore przydmowoe ogrody i sady, to jednak jest to świat wciąż tkwiący w tradycyjnej już polskiej niemożności, tak typowy dla wschodniej Polski -nieefektowny, zupełnie nieprzebojowy i niekrzykliwy, ale niepozbawiony przecież ogromnego uroku i ducha dawnego Rzeczypospolitej Obojga Narodów, choć w przypadku tych ziem, mówienie o dwóch narodach, to kompletne nieporozumienie, bo można ich zliczyć, co najmniej 7.
Jasionówka jest dziś małym, cichym, sennym miasteczkiem, życie toczy się w niej wokół urzędu gminy, kościoła i kilku sklepów. W urzędzie gminy można nabyć książkę o historii miasta, ale jest pewien problem, bo książki są dwie - jedna wydana przy wsparciu urzędu, a druga niezależnie, przez mieszkańca Jasionówki, pasjonata lokalnej historii. Tej drugiej urząd nie rozprowadza, bo podobno nie wszyscy mieszkańcy zgadzają się z tezami postawionymi przez jej autora. Jednak uprzejma pani sprzedająca książkę tę oficjalną, kieruje nas do synowej autora, pracującej w pobliskiej bibliotece, przez nią można skontaktować się z niepoprawnym politycznie - na skalę lokalną - historykiem.
A miejscowa biblioteka, to najprawdziwszy wehikuł czasu, za jej sprawą można przenieść się nieco wstecz w czasie. Tak mniej więcej wyglądała moja pierwsza w życiu osiedlowa biblioteka, unosił się w niej ten sam zapach starych, zakurzonych, wielokrotnie czytanych książek, i była też w ten sam sposób rozświetlona przedzierajacym się przez spore okna jesiennym, ale wciąż jeszcze intensywnym słońcem. Tyle że tu prędko dostrzeżemy coś, czego biblioteki naszego dzieciństwa nie miały - stanowisko z komputerem podłączonym do Internetu. Jednym co prawda, ale obleżęnia dużego nie ma, siedzi przy nim jeden około 10-12 letni chłopiec, może dlatego, że jest to środek tygodnia, godzina 14.00. Synowej autora "niesłusznej" książki jeszcze nie ma, ale podobno można ją nabyć w pobliskim sklepie. Sklepów w rynku i wokół niego jest ledwie kilka, w tym jeden mieszczący się w budynku, będącym niegdyś czymś pośrednim między przystankiem a dworcem autobustowym. Tu sprzedaje się używaną odzież, w budynku w którym rozlokował się bank spółdzielczy, na piętrze znajdują się kolejne dwa sklepy, ze wszystkim, dosłownie, z ubraniami, zniczami, artykułami gospdoarstwa domowego, środkami czystości, jest też zakład fryzjerski, nie ma tylko kupujących i korzystajacych z usług, ale to pewnie ze względu na porę dnia. Tu książki jednak nie mają. Jest za to w samoobsługowym spożywczym, w którym wszyscy wchodząc mówią do siebie i do sprzedawczyń "dzień dobry", kilkanaście egzemplarzy karnie ułożonych na półce, w twardej oprawie, pod gazetami, przy półce z prasą kolorową. To jedank część druga, a pierwsza rozeszła się już dawno, podobno jak świeże pieczywo.
W Jasionówce jest jeszcze kościół i pozostałości parku dworskiego, bo przecież istniał tutaj kiedyś także dwór, który można byłoby nawet nazwać pałacem, nie tak okazałym, jak pałac w Białymstoku, ale jednak sporo większym niż porozrzucane po okolicy dwory modrzewiowe czy nawet murowane, z których do dziś przetrwały nieliczne.
Kościół stoi na wzgórzu, wyglądającym na sztucznie usypane, jest biały, murowany, do kruchty można wejść zawsze, drzwi wejściowych z reguły się nie zamyka, dalej są natomiast kolejne drzwi, żeliwne, przez które można zajrzeć do nawy głównej. Obok kościoła przebiega wąziutka, brukowana uliczka Kościelna. Jeśli odpowiednio stanąć i skierować wzrok ku górze w stronę kościoła, to można nawet odnieść wrażenie, że przenieśliśmy się w czasie i jesteśmy w Jasionówce za czasów jej świetności, ale to wrażenie niestety nie trwa nigdy zanadto długo. Od ryneczku i kościoła niedaleko na wzgórzu rozłożył się cmentarz, z solidną, z drewnianych bali kaplicą i celganymi, kruszejącymi nagrobkami z początku XIX w. Tu także napotkani ludzie mówią dzień dobry i jeszcze do tego życzliwie się uśmiechają.
A stąd już jest niedaleko do Korycina i Dobrzyniówki, ale o nich następnym razem.

























