Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Niski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Niski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 października 2011

Cerkiew greckokatolicka św. Michała Archanioła w Polanach (Beskid Niski)

Polany - urokliwa wieś w zachodniej części Beskidu Niskiego, położona na trasie między Krynicą Zdrój a Grybowem. Jej historia sięga roku 1574, kiedy to aktu lokacji na prawie wołoskim miał dokonać niejaki Jaśko syn Waśka z pobliskiej Florynki. Oznaczałoby to, że w tym czasie musieli tu dotrzeć osadnicy z Wołoszczyzny, a wśród nich prawdopodobnie także osadnicy pochodzenia rusińskiego. Wspomniane prawo wołoskie miało być odmianą lokacyjnego prawa niemieckiego dostosowanego do gospodarowania w warunkach górskich, opartego na hodowli owiec, bydła i eksploatacji lasu. Ziemię dzielono między osadników po równo, każdy z nich otrzymywał pas gruntu położony prostopadle do strumienia na dnie doliny, ciągnący się od jednego do drugiego grzbietu górskiego po obu stronach strumienia. Z czasem owo osadnicy z Wołoszczyzny oraz Rusini uformowali dwie grupy etniczne - Bojków i Łemków. Ci pierwsi zamieszkiwali głównie Bieszczady, a ci drudzy Beskid Niski oraz wschodnią część Beskidu Sądeckiego. Do czasu Akcji "Wisła" w 1947 r., większość mieszkańców Polan stanowili z pewnością Łemkowie. "Słownik geograficzno - krajoznawczy Polski" z 1994 r. nazywa Polany wsią połemkowską.

Jadąc z Krynicy Zdrój w stronę Grybowa nie sposób nie dostrzec połyskujących w słońcu trzech kopuł drewnianej cerkiewki greckokatolickiej usadowionej na niewysokim wzgórzu na południe od szosy. Ta tak charakterystyczna dla Beskidu Niskiego i wschodniej części Beskidu Sądeckiego drewniana architektura sakralna dawnych drewnianych cerkwi greckokatolickich została doceniona i dzięki swoim walorom architektonicznym, historycznym oraz estetycznym stała się częścią Szlaku Architektury Drewnianej w Małopolsce. Dawna cerkiewka w Polanach - obecnie pełniąca funkcję kościoła katolickiego - została pieczołowicie odrestaurowana, a przed wejściem umieszczono tablicę informacyjną w trzech językach (polskim, angielskim i niemieckim), zawierającą opis historii obiektu, z której możemy m.in. wyczytać, że dawna cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła, powstała w 1820; wzniesiono ją w konstrukcji zrębowej, ściany pokryto gontem, a polichromia architektoniczno - figuralna ścian i sufitu pochodzi z 1862 r. Wyposażenie świątyni stanowi imponujący ikonostas, ale tu pojawia się problem, bowiem opis na tablicy informuje nas, iż datuje się on na wiek XIX, natomiast autor przewodnika "Okolice Krynicy" - Bogdan Mościcki twierdzi, że obrazy górnej części ikonostasu oraz carskie wrota miały zostać wykonane w XVII w., natomiast pozostałe ikony napisano nieco później, bo w pierwszej połowie wieku XVIII. Bez względu jednak na okres, w którym powstały owe dzieła sztuki, warto choć przez chwilę w ciszy i spokoju pokontemplować ich piękno, a później jeszcze sycić oczy widokiem łagodnych gór Beskidu Niskiego i harmonijnie współgrającej z nimi skromnej architektury połemkowskiej świątyni.













czwartek, 25 sierpnia 2011

Grybów, Kąclowa, Florynka, Polany, Berest - 24 sierpnia 2011 r.

Podróżowanie jako ucieczka nigdy nie może się udać. Najpewniej może przynieść jedynie roczarowanie. Gdy jeszcze dodać do tego kryzys wiary, to przyjemność wędrowania wydaje się być jeszcze bardziej wątpliwa. Przygnębienia i smutku nieustannym byciem w podróży zagłuszyć nie sposób. Na szczęście jednak jest coś prawdziwego, głębokiego i jasnego w wiejskich i małomiasteczkowych napotykanych na szlaku kościołach. Nabożeństwo różańcowe w słowackiej Starej Lubovni, na które trafiamy przypadkiem ma w sobie coś kojącego i tchnącego prawdą pierwszych chrześcijan. Z początku ledwie kilka osób mądlących się żarliwie piękną, melodyjną slovencziną. Modlących się stopniowo zaczyna przybywać, w przedziale wiekowym od 20 do powyżej 80 lat. Następnie, w drodze powrotnej do Polski jeszcze krótka wizyta w kościele w Plavnicy, wypełnionym po brzegi; wieczorna msza bez pompatyczności, bez rutyny, dzieci, rodzice, dziadkowie z książeczkami do nabożenstwa, łagodny, a jednocześnie stanowczy i spokojny głos młodego księdza, któremu spod sutanny wystają sportowe buty. Bez puszenia się, izolowania się od innych, z charakterystycznym słowackim wyciszeniem, pokorą i skromnością. I nawet, jeśli po wyjściu ze świątyni znowu nic nie jest w stanie uchronić mnie przez natrętnie powracającą myślą o nieubłaganie upływającym czasie, którego wbrew gorliwym zamierzeniom wydrzeć i wstrzymać nie jestem w stanie, i mimo tego, że coraz częściej skłaniam się ku przekonaniu, że Później, Po nic już nie będzie, to pozostaje jednak w głebi duszy coś jasnego i dobrego. To zapewne stąd się wzięło, jakby już nawet podświadome dążenie do zatrzymywania się i zaglądania choćby na chwilę do górskich kościołów, czy do neogotyckiego, monumentalnego w Grybowie, czy modernistycznego w Kąclowej, lub dawnej cerkwi grekokatolickiej we Florynce. Klimat nabożeństw, harmonijne wtopienie świątyń w krajobraz łagodnych gór na pograniczu Beskidu Sądeckiego i Niskiego, groza zbliżającej się burzy, kłębiących się wokół ciężkich, postrzępionych ciemnych chmur, ślady po powodzi w postaci urwanych fragmentow szosy, podmytych przez rwące potoki, dziś zamienione w niewinne wąskie strużki, wywołujące dreszcze grzmoty i wreszcie słońce niemal mistycznie przedzierające się zza ołowianych chmur, układających się w fantastyczne kształty. I ludzie jakby życzliwiej spoglądający, mniej źle skrywanej zawiści, podejrzliwości, nieufności, za to więcej prostoty i szczerej serdeczności.

Grybów otoczony burzowymi chmurami, grzmoty gdzieś w górach, rynek miasteczka doszczętnie rozkopany i w przebudowie, otoczony niskimi kamieniczkami z końca XIX i początku XX wieku, strzelista bryła neogotyckiego kościoła, hałas pracujących wciąż koparek i innego ciężkiego sprzętu, kilka urokliwych zaułków i ani jednego turysty, dwie kręte uliczki, zrujnowany budynek przypominający synagogę, szykowany do generalnego remontu, o czym świadczą ustawione na jednej z fasad drewniane rusztowania; apetyczny zapach domowej pizzy w rynku, i sporo mieszkańców śpieszących na zakupy. Nieliczne kamienice odremonotowane, większość wciąż jeszcze czeka na powrót do dawnej świetności, ciekawe gzymsy, tablice pamiątkowe, kwiaty w oknach, niezliczone szyldy, niektóre całkiem pomysłowe i zabawne. Czas jednak nagli i trzeba ruszać do Florynki. Po drodze Kąclowa i modernistyczny kościół jakby z lat 80-tych. Malowniczo położona wieś o estetycznej, gustownej zabudowie, murowana kapliczka z 1858 r., i wciąż soczysta zieleń otaczających wieś gór. Zza ołowianych chmur przedziera się słońce. Wystraszona nieco mama z nie mniej przerażoną kilkuletnią córką na tylnym siedzeniu, nie dając sobie rady z zaparkowaniem samochodu, kurczowo trzymając kierownicę prosi nas byśmy chwilę zaczekali, zanim się ustawi. W kościele dość licznie zgromadzeni mieszkańcy wsi i pewnie okolic. Jego wnętrze, przestronne, proste i dość surowe przypomina nieco kościół w słowackiej Plavnicy. Kojąca powaga liturgii i radość z niej płynąca.

Dalej kościół we Florynce mieszczący się w dawnej cerkwi grekokatolickiej. Kilkanaście starszych kobiet, kilka młodych, urodziwych dziewcząt, dwie zakonnice i ołtarz jak ikonostas. Przy kościele nagrobek z żeliwnym krzyżem, i epitafium z wygrawerowaną cyrylicą informacją o miejscu pochówku kapłana tej świątyni z czasów, kiedy jeszcze mieszkali tu Łemkowie.

Następnie, malownicza drewniana łemkowska cerkiew w Polanach - obecnie kościół katolicki - z 1820 r., i niewiarygodnie piękna kapliczka przydrożna w Bereście, na którą składają się figury dwóch świątków, ustawione na murowanych cokołach pod wiekowym drzewem, na zboczu góry oświetlonej promieniami chylącego się ku zachodowi słońca.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...