Wydmy Łuże, Pogórze Leśne, Podłuże, Uroczysko Opaleń. Bursztynowe sosny, miękki mech pod stopami. Można przechodzić wiele razy pobliskimi szlakami i nie dostrzec drewnianych, wysokich krzyży, niewysokich drewnianych ogrodzeń, zawieszonych przy tablicach biało-czerwonych flag. Stoją pojedyncze znicze, co zrozumiałe, ze względu na otaczajacy las i możliwość szybkiego rozprzestrzenienia się pożaru. Nieopodal Szwedzkie Góry, też nie tak daleko Palmiry. Ostatecznie wszyscy tu rozstrzelani przez Niemców trafili na cmentarz w Palmirach. Ich ciała tuż po wojnie ekshumowano i złożono z wieloma innymi na palmirskim cmentarzu. Wokół piękny las, cisza, śpiew ptaków wiosną, latem, tej zimy piękny biały śnieg, słońce, mróz. Zdecydowana większość rozstrzelanych nieznana z imienia i nazwiska. Swoją drogą, ciekawe ile takich miejsc jest jeszcze nie odkrytych w Puszczy Kampinoskiej. Miejsc, do których niemieckie budy przywoziły obywateli polskich, a rozstawieni w szeregu oprawcy wycelowali karabiny i sprawnie zakończyli ich życie. Ciała zakopano we wcześniej wykopanym rowie, a następnie przysypano piachem, posadzono drzewa, by zatrzeć wszelkie możliwe ślady, a miejscowa ludność tych egzekucji nie dostrzegła, bo odbyły się gdzieś głębiej lesie, o wczesnej lub późnej porze, nikt wówczas w pobliżu nie przechodził, żaden leśnik, żaden mieszkaniec pobliskiej wioski. Kampinos mimo całego swojego uroku, pięknych wydm, sosen, jest jakoś naznaczony śmiercią, czuć już tu na każdym kroku. Okolice Wólki Węglowej, Sierakowa, Lasek, Izabelina, Truksawia, Wierszy, pojedyncze krzyże na mogiłach żołnierzy Kampanii Wrześniowej, partyzantów, powstańców styczniowych. Mogiła powstańców styczniowych w okolicach Zabrowa Leśnego, śródleśny cmentarz w Wiktorowie, cmentarz partyzancki w Wierszach, krzyż upamiętniający partyzantów poległych przy leśniczówce Opaleń, w której mieścił się magazyn broni, a ci którzy nie polegli na miejscu zostali powieszeni z zagipsowanymi ustami przy ulicy Leszno. Zawsze się w tych miejscach czuje coś, co nie pozwala się w pełni cieszyć pięknem natury, krajobrazu. Sosna powstańców styczniowych w Górkach, uschnięta, powalona, na niej carscy żołdacy wieszali schwytanych nieszczęśników. Stężenie tych wszystkich tragicznych zdarzeń w historii Polski, tu na przestrzeni obecnej Puszczy, wyumsza niejako wędrówkę z modlitwą na ustach, ze świadomością, że to piękno zostało okupione ogromną daniną krwi. To jak wędrowanie po warszawskiej Starówce, Śródmieściu, czy Woli, po ziemi nasiąkniętej krwią, której śladów już nie widać, ale ta historia w tej przstrzeni trwa. Idąc Nowym Światem, mijając tablice Tchorka w miejscach egzekucji, myśli biegną do minionych wydarzeń i ludzi, którzy stracili tu życie, do minionego świata.
Wrześniowy dzień powszedni, w Wejherowie na przemian słońce, chmury, deszcz, urokliwa Starówka, pyszne pierogi w prztulnej pierogarni, zabytkowe kościoły z nielicznymi modlącymi się w ciszy osobami. Muzeum ofiar mordu piaśnickiego w willi wzniesionej w międzywojniu. Ekspozycja obszerna, na pół dnia wnikliwego zwiedzania, bardzo interesująca. Uwagę przykuwa zdjęcie zakonnicy - bł. Alicji Kotowskiej. Okazuje się, że urodziła się w Warszawie, a nasze drogi przecięły się, gdy mieszkałem na Żoliborzu i w wolnym czasie przychodziłem do św. Jana Kantego, kościoła przylegajacego do momnumentalnego budnku, mieszczącego szkołę prowadzoną przez Siostry Zmartwychwstanki, w której na początku lat 30-tych ubiegłego wieku nauczała też siostra Alicja. Później trafiła do Wejherowa i tu została dyrektorką szkoły. A życie swoje zakończyła z tysiącami innych, rozstrzelana przez Niemców w Lasach Piaśnickich. W miejscu egzekucji, pozostał najprawdopodobniej po niej tylko różaniec. Niemcy przed wycofaniem się przed nacierającą armią czerwoną zdążyli jeszcze spalić ciała pomordowanych.
Z Wejherowa wyruszamy na północ. W międzyczasie naszły ołowiane chmury, mimo połowy września, przez moment padał grad, zrobiło się bardzo zimno, a po niedługim czasie na niebie znowu zaświeciło słońce. Tablice przy szosie wskazują drogę do miejsc egzekucji. Leśna droga, wokół piękne, majestatyczne, smukłe sosny, przypominające te z Puszczy Knyszyńskiej i Augustowskiej, bujny mech, nie ma wysokiego poszycia, groby rozrzucone są na dużej przestrzeni. Poprawiła się pogoda, więc przyjeżdżają kolejne auta. Ludzie chodzą od grobu do grobu, czytają historię zbrodni opisaną na tablicach i kontemplują zamieszczone na nich archiwalne zdjęcia. Promienie słońca łagodnie rozświetleją bursztynowe pnie sosen. Powietrze jest rześkie, choć po deszczu i gradzie jeszcze ostre, czuć niemal lekki wiatr od morza i jego zapach wymieszany z olejkami eterycznymi sosen. Biorę w dłoń kamyk, będzie pamiątką, choć Babcia, Mama, starsi ludzie, mówili, że nie można zabierać żadnych rzeczy z cmentarza. A jesteśmy przecież na wielkim leśnym cmentarzu. Ale kamyk ma przypminać o modlitwie.
I kolejny las w pobliżu obozu w Sztutowie. Wędrując wzdłuż ogrodzenia dawnego obozu, wkraczamy do liściastego, dość ciemnego lasu, dzień jest chłodny i pochmurny, lecz nic nie pada. Dochodzimy do miejsca, w którym Niemcy palili ludzkie szczątki. Odruchowo niemal sięgamy po różańce, by odmówić w intencji pomordowanych Koronkę do Miłosierdzia Bożego, jako że zbliża się godzina piętnasta. Tuż po powrocie do Warszawy, ostatniego dnia września, los rzucił mnie na niedzielną mszę do kościoła Matki Bożej Częstochowskiej. Po mszy podszedłem do stolika przy kaplicy, z którego wziąłem obrazek z wizerunkiem zamyślonej zakonnicy, nigdy jej wcześniej nie widziałem, i jakież było moje zdumienie, gdy przeczytałem, że przedstawiona na obrazku zakonnica - bł. Julia Rodzińska oddała życie w obozie w Sztutowie właśnie, a przed wybuchem wojny związana była - z tak bliskim mojemu sercu - Wilnem. Była dominikanką, od 1934 r. przełożoną domu zaknnego w Wilnie i kierowała tam zakładem dla sierot. Na obrazku z drugiej strony widniała litania do bł.Julii Rodzińskiej.
Czy to zwykłe przypadki, zbiegi okoliczności? Czy nasze drogi przeplatają się z bliskimi nam zmarłymi, świętymi, błogosławionymi. Czy oni nas wyszukują, by nas wspierać, jeśli "widzą" w nas otwartość na takie spotkania? Kiedyś się tego dowiemy.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
Lasy
Wydmy Łuże, Pogórze Leśne, Podłuże, Uroczysko Opaleń. Bursztynowe sosny, miękki mech pod stopami. Można przechodzić wiele razy pobliskimi sz...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Drewniany kościółek na niewielkim wzniesieniu, z dwiema niewysokimi wieżami, od frontu pojedyncze sosny, wolnorosnące, w swoich kształach sw...
-
Gdy się stąpa piaszczystą ścieżką wydeptaną wzdłuż torów tramwajowych linii powstałej jeszcze w latach 30-tych ubiegłego wieku, która miała ...